piątek, 26 grudnia 2014

Tu i Teraz

     Potęga medytacji polega na jej prostocie. Siedzisz, oddychasz i starasz się trwać w obecnej chwili. Starasz się przyglądnąć swoim emocjom, myślom. Jednak przede wszystkim uczy Cię bycia tu i teraz. Wydaje się banalne, prawda?
Nie jest to jednak takie proste.
     Kiedyś spotkałam się z pewną myślą, która głosiła, że jeśli jesteś zdołowany, to znaczy, że żyjesz przeszłością, jeśli jesteś zatroskany, to znaczy, że żyjesz przyszłością, jeśli jesteś spokojny, oznacza, że żyjesz teraz. Początkowo nie pojęłam potęgi tych słów. Myślałam, że są one rozwiązaniem zagadki dlaczego nie jestem szczęśliwa. Bo żyję w przeszłości, martwię się tym, co minęło. Jednak dopiero niedawno pojęłam, że przekazem tej myśli miało być – żyj teraz.
Dopiero medytacja uświadomiła mi, jak rzadko faktycznie żyję w teraźniejszości. Zazwyczaj spędzając dowolnie dzień oddaje się różnym myślom. Właściwie, przyznam się szczerze, z trudem przychodzi mi zatrzymanie tych myśli. Odkąd się im przyglądam okazało się, że w mojej głowie przeprowadzam tysiące rozmów z różnymi ludźmi, odnawiam dawne sytuacje i dopisuje różne zakończenia, wspominam, a także wybiegam w przyszłość, tę bliską- jakie zakupy, co będę robić po powrocie do domu, a także tą odległą- czy będzie padać w święta, gdzie na wakacje, a co jak wybuchnie wojna? Jestem pewna, że nie jestem w tej praktyce odosobniona. W ten sposób mijają dni, godziny i chwilę. Mijają, ale nas.
     Za mało uwagi poświęcamy chwili obecnej. Stąd rodzi się wiele naszych problemów, złe samopoczucie, zmartwienia. Często są to rzeczy, które dzieją się tylko i wyłącznie w naszej głowie, co więcej, tak naprawdę nigdy nie wykraczają poza świat naszej wyobraźni. Rozwiązanie jest jednak proste. Skup się na chwili obecnej. Porzuć pisanie scenariuszy lub zakończeń. Ważne jest tu i teraz,
Jedyne, co mamy to chwila obecna. Przeszłość i przyszłość to tylko swego rodzaju iluzja. To jakby umowa między ludźmi. Jeśli  przyjrzycie się tej myśli bliżej- te czasy nie istnieją. Jedyne co istnieje to teraźniejszość. Tworzona na nowo z każda chwilą. Spróbuj ją faktycznie poczuć. Przyglądnij się miejscu w którym jesteś, poczuj zapachy, które unoszą się w powietrzu, popatrz na twarze ludzi. Poświęć uwagę temu, co w tym momencie robisz. Kiedy skupisz się na teraźniejszości uwolnisz się od przeszłości i przyszłości. Poczujesz się wolny i lekki. I będziesz naprawdę żył.
     Aby przywołać się do chwili obecnej pomocne są dwa ćwiczenia. Pierwsze z nich to obserwacja swoich myśli. Kiedy zaczynasz fantazjować o przyszłości lub rozdrapywać  przeszłość nadejdzie moment refleksji. Poddaj się mu. Poobserwuj te myśli i zauważ, że to przeszłość lub przyszłość, którą Twój umysł przywołuje. Ale której nie ma. W ten sposób powrócisz uwagą do obecnej chwili. Skup się na niej jak najdłużej potrafisz.
     Drugim ćwiczeniem jest ćwiczenie oddechowe. Baza medytacji. W ciągu dnia wystarczy wziąć kilka głębokich oddechów, skupiając swoją uwagę tylko na nich. Na powietrzu, które przechodzi przez Twój nos, buzię, tchawicę, wypełnia płuca i wraca tą samą drogą. Staraj się skupić tylko na oddechu i na wszystkim, co z nim związane. To zakotwiczy Cię w obecnej chwili. 
Jeśli masz więcej czasu możesz rozpocząć własną medytację. Znajdź ciche i spokoje miejsce, z dala od czynników, które mogłyby Cię rozpraszać, jak telefon czy telewizor. Nie potrzebujesz żadnych przygotowań, ani specjalnych przyrządów czy ubioru. Usiądź wygodnie po turecku, najlepiej na kilku poduszkach lub czymś, co będzie stanowiło lekkie podniesienie dla Twojej pupy. Miejsce jest dowolne, może być to mata, dywan, podłoga albo łóżko. Ręce połóż na kolana, wyprostuj się, przybierz wygodną postawę, zachowując wyprostowane ciało. A teraz zamknij oczy, weź kilka głębokich oddechów i postaraj się zrelaksować. Powróć do normalnego oddechu i niech Twoja uwaga skupia się tylko i wyłącznie na nim. Podobnie jak opisałam powyżej. Jeśli wybiegniesz gdzieś myślami, nic się nie przejmuj, nie osądzaj, nie martw, nie oskarżaj. Po prostu zacznij od nowa. Jeśli msz trudności, możesz po ciuchu w głowie powtarzać sobie wdech i wydech, wdech i wydech. Jeśli odbiegniesz znowu myślami, nie reaguj, popatrz na tę myśl, zauważ ją, ale pamiętaj, że nie jest ona oddechem. Powróć więc do oddechu i zacznij od nowa. Twoja uwaga ma być skupiona w miarę możliwości tylko na nim. Poczuj jak wypełnia Twoje ciało, poczuj jak rozszerzaja się płuca. Poczuj jak uchodzi ono z Ciebie, To tyle na początek. Na medytację poświęć od 10 do 20 minut. Może się to wydawać na początku dziwne, jednak w miarę praktyki poczujesz się lepiej. Po prostu lepiej. Jeśli ktoś chciałby zagłębiać techniki medytacji polecam świetną książkę dla początkujących:  Sharon Salzberg "Siła medytacji. 28 dni do szczęścia."

Jeśli kogoś zafascynuje potęga teraźniejszości polecam książkę o takim właśnie tytule autorstwa Eckhart’a Tolle. 











poniedziałek, 15 grudnia 2014

Przeszłość

     Nawiązując do poprzedniego posta i tym samym dotrzymując słowa, dziś będzie o tym jak zrobić pierwszy krok w stronę najlepszego związku jaki może wam się przydarzyć. Krok w stronę miłości do samego siebie. Nie jest to opracowanie psychologa, nie jest to być może pierwszy, a ostatni krok, ale zacznę od niego, ponieważ dobrze mieć czysta kartę. Dobrze też uświadomić sobie pewną zależność.
     Mianowicie chodzi o to, że bardzo wiele naszych zachowań, wiele naszych reakcji, wiele naszych myśli to owoc naszej przeszłości. To wynik tego w jakim środowisku i wśród jakich ludzi dorastaliśmy. Nie jest to odkrycie, jednak wydaje mi się, że wiele naszych małych, zwykłych problemów, lęków i myśli ma swój początek gdzieś w naszej młodości, z czego nie zdajemy sobie sprawy. Zazwyczaj poszukiwania problemów w dzieciństwie kojarzą się z jakimiś traumami lub skrajnymi przypadkami przemocy. Jednak wszystko wskazuje na to, że czasami brak przytulenia, za mało dobrych, wspierających słów, czy brak zrozumienia także może rzutować na życie dorosłego człowieka. Jako dziecko jesteśmy przyuczani do spełniania oczekiwań dorosłych. Zawsze powinniśmy być grzeczni, ładni, uśmiechnięci. Potem w szkole uczą nas byśmy byli tacy sami, jak wszyscy. Jednak, nie jesteśmy. Już na poziomie dzieciaka jesteśmy indywidualną jednostką i oczekiwanie, że dzieciak się dostosuje zabija jego potencjał, kreatywność oraz osobowość. W skrajnych wypadkach kończy się na poważnych problemach. W mniej skrajnych kończy się na trudności w zaakceptowaniu siebie, braku wiary, że jesteśmy warci miłości, oraz na ciągłych próbach zadowolenia wszystkich naokoło. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie nasze problemy to wynik złego wychowania. Nie chcę nikogo obarczać winą, ani szukać łatwych rozwiązań. Chodzi mi o taką myśl, o zrozumienie siebie samego: „Acha, ktoś kiedyś mi powtarzał, że nie jestem dość dobry, by grać piłkę. Ale możliwe, że to nie prawda. Ten ktoś widział tylko jeden zły mecz. Mogę zacząć trenować i istnieje szansa, że będę w tym naprawde dobry.” Albo fakt, że Twoi rodzice czegoś nie akceptują, nie oznacza, że nie akceptują Ciebie całkowicie. Lub nie oznacza to też, że nie znajdzie się człowiek, który zaakceptuje Cię w pełni. Chodzi mi o to, by zweryfikować pewne swoje zachowania, zrozumieć je i zostawić za sobą. Aby ta wiedza przyniosła wyzwolenie.
Mojego wywodu na ten temat dużo dziś nie będzie, będą natomiast dwa ciekawe teksty w tym temacie. A potem brak zakończenia, by każdy z Was mógł dopisać swoje własne, albo zostać z tą myślą, albo po prostu olać system.
     Pierwszy tekst jest autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Jest to fragment jednej z książek, który znalazłam na jej stronie internetowej i pozwolę sobie przekleić tutaj.
Drugi tekst to wywiad  z psychoterapeutą na temat relacji dorosłego dziecka z rodzicami, wklejam już tylko linka, bo nie chcę ilością materiału odstraszać świeżych czytelników.
Pozdrawiam!

„Rozdział 11 - Jak kochać siebie

Mam wrażenie, że w języku polskim też istnieje pewna niezdarność związana z wyjaśnianiem pojęcia braku poczucia własnej wartości. Słowa „miłość i kochać” po polsku mają bardzo jednoznaczne zabarwienie. Być może wynika to z tego, że powszechnie, na co dzień, używa się ich w dość zawężonym kontekście. A może po prostu czasami człowiek mówi te słowa nie zastanawiając się nad wszystkimi ich znaczeniami i konsekwencjami. I stąd być może wynikają później nieporozumienia.
Niezależnie więc od tego jak słownikowo jest w języku polskim tłumaczone słowo „kochać”, chcę niniejszym oświadczyć, że w kontekście miłości do samego siebie słowo „kocham cię” oznacza:
„lubię cię, chcę się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być blisko ciebie, chcę ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie i chcę cię zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych uczuć, cieszę się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być”.

„Kochać siebie” oznacza być dla siebie największym przyjacielem, traktować się z dobrocią i przyjaźnią, lubić siebie, mieć dla siebie cierpliwość i wyrozumiałość, umieć sobie przebaczać, mieć ochotę robić dla siebie coś dobrego, cieszyć się z tego, że jest się żywym tu i teraz, czuć radość ze wszystkich dobrych zdarzeń.

Dlaczego to jest trudne i dlaczego nie jest naturalnym stanem każdego człowieka?
Dlatego że najczęściej w dzieciństwie i w okresie dorastania człowiek dostaje mnóstwo sprzecznych sygnałów, które powodują kompletny mętlik w uczuciach. Wyjaśnię to dokładniej później, na razie chcę powiedzieć tylko tyle, że większość dzieci i młodych ludzi zostaje wytresowana do tego, żeby spełniać oczekiwania innych ludzi. Nie wolno być sobą, nie wolno okazywać żadnych silnych emocji. Nawet cieszyć się trzeba niezbyt hałaśliwie. Nie ma mowy o tym, żeby okazywać złość i bunt, nawet jeśli płoną w tobie jak wielki ogień.

Wzorem do naśladowania jest Stefan, który dostał piątkę na klasówce. Wiele lat później ten sam Stefan jeździ SUV-em z napędem na cztery koła i jest znów uważany za symbol szczęścia i życiowego powodzenia. Zostaliśmy wytresowani, żeby zwracać uwagę na pozory i traktować je jako wskazówki do własnego postępowania. Stefan weźmie kredyt, na który go nie stać i ostatkiem sił finansowych kupi ten duży samochód, bo ma wewnętrzne przekonanie, że jeśli będzie jeździł dużym samochodem, to będzie miał lepsze mniemanie o samym sobie i lepsze samopoczucie, bo będzie widział podziw i błysk zazdrości kierowców z mniejszych aut. Stefan jest przekonany o tym, że poczucie własnej wartości wypływa z tego, co pomyślą lub powiedzą o nim inni ludzie.
Nie ma pojęcia co on sam o sobie myśli i co czuje. Nie potrafi nazwać swoich emocji, bo nikt mu nigdy na to nie pozwalał. Wyrósł w przekonaniu, że to co czujesz, jest nieważne. Trzeba być zawsze miłym, grzecznym i posłusznym. Trzeba sprawiać przyjemność innym ludziom, a jeśli dobrze się postarasz, to w nagrodę zostaniesz pochwalony. Jeśli się pomylisz, będziesz nieuważny albo popełnisz błąd, zostaniesz ukarany.
Taka tresura zostaje w człowieku na długie lata, czasem do końca życia.
Dorosły człowiek instynktownie jak pies będzie się bał każdej porażki czy pomyłki. Strach przed potencjalnym popełnieniem błędu i porażającą oceną „dorosłych” czyli szefa we pracy będzie wywoływał rosnący stres, który paraliżuje możliwość normalnego funkcjonowania, podejmowania decyzji i efektywnej pracy. W konsekwencji taki pracownik będzie najmniej użyteczny i pewnie dostanie wypowiedzenie. Ale najśmieszniejsze w tym jest to, że nie zostanie zwolniony na skutek realnego braku umiejętności, tylko dlatego, że emocjonalnie pozostał małym, przestraszonym dzieckiem, które tak bardzo chce zadowolić swoich „rodziców”, że strach przed ich niezadowoleniem całkowicie go paraliżuje.

Następne zgubne i paraliżujące przekonanie wynikające z tresury w dzieciństwie brzmi: musisz być grzeczny i posłuszny, wtedy będziemy cię kochać. Wyprowadzasz się z domu zabierając ze sobą przekonanie, że musisz się bardzo, bardzo starać, żeby ktoś kiedykolwiek mógł cię pokochać. Pragniesz być kochany, ale jednocześnie wiesz, że to jest praktycznie prawie niemożliwe. Bo jeśli nawet ktoś cię pokocha, to pewnie porzuci ciebie i przestanie cię kochać kiedy odkryje, że w gruncie rzeczy wcale nie zawsze jesteś grzeczny i posłuszny. Rośnie więc w tobie pomieszanie dzikiej nadziei, potrzeby miłości i potwornego strachu, co w konsekwencji wywołuje ataki zazdrości, irracjonalnego gniewu i straszną, przesiąkającą wszystko podejrzliwość. I najczęściej sam niszczysz związek, w którym mógłbyś być szczęśliwy. Związek rozpada się nie dlatego, że obiektywnie nie można cię kochać, tylko dlatego, że twój strach przed porzuceniem i utraceniem miłości działa destrukcyjnie i na ciebie, i na człowieka, którego kochasz.

Wrócę do tego później. Teraz chcę powiedzieć tyle, że w dzieciństwie często uczy się nas ukrywania prawdziwych uczuć i udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy i nie chcielibyśmy być.
W konsekwencji takiej emocjonalnej tresury człowiek:
a) nabiera przekonania, że jego wartość zależy od opinii innych ludzi,
b) uważa, że musi się bardzo starać, żeby zaspokoić ich oczekiwania i zasłużyć na pochwałę i akceptację,
c) koncentruje się na wypełnianiu oczekiwań innych ludzi, zapominając o tym, że ma też własne potrzeby i pragnienia,
d) uczy się ukrywać swoje prawdziwe uczucia, a po pewnym czasie nie jest w stanie rozpoznać jakie są jego prawdziwe, własne emocje,
e) sądzi, że nie zasługuje na miłość, więc musi się bardzo starać, żeby ktoś zechciał go pokochać,
f) traktuje siebie niezwykle surowo, nie dając sobie prawa do popełnienia żadnego błędu,
g) nienawidzi tego, że musi ciągle starać się zadowalać wszystkich dookoła, nie dostając od nich w zamian tego, czego oczekuje.

Taki sposób myślenia to prosta droga do zagubienia samego siebie wśród szeregów obcych ludzi, nieustannie żądających uwagi, pomocy, efektów w pracy i dowodów troski.
Ale tak naprawdę oni niczego nie żądają. To w twojej głowie jest zakodowany odruch zgadywania czego chcą i w jaki sposób mógłbyś ich zadowolić, przez co być może dostaniesz okruch czyjejś akceptacji, miłości i uwagi.
I stąd się właśnie bierze brak poczucia własnej wartości, który jest niczym innym jak skierowaniem całej uwagi na zewnątrz, z jednoczesnym ignorowaniem samego siebie.
To właśnie miałam na myśli pisząc o braku kontaktu z twoim prawdziwym „ja”. Bo twoje prawdziwe „ja” jest tą niewinną, dobrą, ufną i ciepłą istotą, którą byłeś zanim zostałeś wytresowany.

A teraz najlepsza wiadomość świata:
Twoje prawdziwe „ja” zawsze pozostało sobą. Tresura sprawiała, że było jedynie spychane do najgłębszych piwnic twojego jestestwa. Zostało przysypane pyłem poczucia winy, oblane smołą pogardy i emocjonalnej przemocy, schowało się więc tak głęboko w tobie, że sam straciłeś świadomość tego, że ono tam jest.
Żeby odzyskać poczucie własnej wartości, wystarczy sięgnąć w głąb siebie i je odnaleźć „Wystarczy” brzmi jak coś łatwego, ale w rzeczywistości czasem konieczne są do tego tygodnie terapii, bo człowiek tak potrafi się zagubić w okłamywaniu samego siebie, że bez pomocy terapeuty nie umie się zorientować, co jest prawdziwe, a co nie.
I wracając do tego, o czym pisałam wcześniej, czyli do tego, że ludzie cierpiący na brak poczucia własnej wartości łatwo wpadają w różne uzależnienia – od alkoholizmu i narkomanii, po uzależnienie od seksu, Internetu czy zakupów – sednem ich leczenia jest dokładnie to samo, czyli pomoc w dotarciu do ich własnych, prawdziwych uczuć i emocji, czyli odzyskanie swojego, prawdziwego „ja”.

Reasumując: brak poczucia własnej wartości to zatracenie umiejętności odczytywania własnych uczuć, potrzeb i emocji, poprzez skoncentrowanie się na tym czego pragną i potrzebują inni ludzie.
Jest to stan całkowicie odwracalny i możliwy do naprawienia.
Wystarczy odnaleźć swoje prawdziwe „ja” i znów nauczyć się sobą cieszyć. Wtedy kiedy spojrzysz w lustro i zobaczysz w nim siebie, pomyślisz: kocham cię, i niezależnie od tego jak niezdarny bywa język polski, będziesz miał wtedy na myśli to, że:
- Lubię cię, chcę się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być blisko ciebie, chcę ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie i chcę cię zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych uczuć, cieszę się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być. “

Fragment książki  "W dżungli samotności", wyd. Latarnik, maj 2010


Wysokie Obcasy: Dlaczego dorosłe dzieci zrywają więzy z rodzicami? Wywiad:










piątek, 12 grudnia 2014

Muzyka łączy ludzi!

Filmik, który przywraca wiarę w ludzi. :)

J


Gdyby się nie wyświetlał w Polsce bezpośrednio, bo różnie to już jest, w wyszukiwarce proszę wpisać:
Coyote & Crow at Bedford Ave. Williamsburg NYC 11/2014- "Me & My Uncle" Grateful Dead Cover

Miłego weekendu!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tylko pokochaj siebie!

     Witam wszystkich. Ostatnio moje życie przyspieszyło do prędkości prawie światła. Mam strasznie dużo rzeczy na głowie związanych z awansem, przygotowaniami do ślubu oraz poszukiwaniem mieszkania. Pojawiło się tez kilka problemów, ale jest już dobrze. Mam wrażenie, że znowu jestem posiadaczką mojego życia, znowu dzierżę ster i krzyczę: Ahoj! Mam troszkę planów na przyszłość i mimo wielu zmian, które nadchodzą, uśmiecham się coraz szerzej. W końcu się nie boję i wiem, że przede mną dobre czasy wypełnione pracą, ale taką jaką sama sobie narzucę, zabawą i znowu pracą. Kłopoty są już za mną, a nawet jeśli znowu nadejdą, nie martwię się, bo wiem, że sobie poradzę. Skąd ta pewność, zapytacie?
     Otóż w ciągu ostatniego roku zrozumiałam jedną niezwykłą prawdę. Im lepiej czuję się sama ze sobą, tym lepiej wiedzie mi się w życiu. Jest to dla mnie niesamowite, ale jeśli jestem pogodzona sama ze sobą, to po prostu to widać, a moje życie jest lepsze i przyjemniejsze. Ponieważ mam porównanie naprawdę dwóch skrajnych biegunów, mogę Wam z ręką na sercu napisać, że jeśli siebie kochasz i akceptujesz, wysyłasz pewien wyjątkowy rodzaj energii, który ludzie i prawdopodobnie reszta świata, po prostu czują. Ze swojej strony mogę podać przykład trywialny - wygląd. Nie wiem, czy to moje oczy, czy wyprostowana bardziej sylwetka, czy uśmiech w kącikach ust, czy może po prostu sposób w jaki chodzę, ale co bym nie miała na sobie, ludzie prawią mi wtedy komplementy. Nie żebym tego oczekiwała, wprost przeciwnie na początku byłam tym bardzo zaskoczona. Również nie zaczęłam bardziej o siebie dbać, może trochę więcej ćwiczyłam. Jednak jestem pewna, że to fakt, iż sama ze sobą czułam się dobrze, tak pozytywnie wpłynął na mój wygląd. Kiedy jestem sama dla siebie kumpelą, wszystko jest łatwiejsze. Jestem uśmiechnięta, lepiej rozmawia mi się z ludźmi, mam ochotę na nowe wyzwania, łatwiej przyjmuję porażki czy znoszę problemy. Analizując to, co przeczytałam i przeżyłam w ciągu ostatniego roku jestem gotowa wysnuć wniosek, że właściwie samoakceptacja i pokochanie siebie to podstawa, aby dobrze funkcjonować wśród ludzi, stworzyć związek pełen miłości, ale przede wszystkim, aby żyć swoim wymarzonym życiem, walczyć o swoje marzenia i po prostu czuć się szczęśliwym. Mam wrażenie, że bardzo wiele naszych problemów i cierpień związanych jest właśnie z tym, że gdzieś wewnątrz nie jesteśmy sami ze sobą pogodzeni i nie umiemy siebie pokochać. Szukamy wtedy szczęścia na zewnątrz, w przyjemnościach czy u innych ludzi. Jest to jednak zły kierunek, bo prawdziwą miłość, tę która najbardziej potrzebujemy tylko my sami możemy sobie dać. Tak samo jest ze szczęściem. Choćbyśmy mieli to, o czym śpiewa Masłowska, czyli bułki z hajsem, oraz setki ludzi dookoła, jeśli sami siebie nie umiemy pokochać, wciąż będziemy czuli niedosyt oraz potrzebę akceptacji ze strony innych, wciąż będzie nam czegoś brakowało. Czas więc zrobić pierwszy krok w kierunku spełnienia i zawrzeć pokój ze sobą. Jest tylko jeden warunek. Chodzi o miłość, a nie przerost ego. Chodzi o miłość zdrową, kiedy kochasz i szanujesz samego siebie, kiedy dbasz o swoje ciało i umysł, kiedy dajesz sobie i innym ludziom takie samo prawo do szczęścia i miłości. Chodzi o taką miłość jakbyś sam dla siebie był dzieckiem. Wydaję mi się również, że tak naprawdę nie ma innej drogi do szczęścia czy spełnienia, jak poznać siebie, zaakceptować i podążać tylko za głosem swojego serca, tak by Twoja osobowość mogła się w pełni przejawić. Chodzi mi o to, że wiele ludzi ma co do naszej osoby wiele oczekiwań. Przez całe nasze życie. Ja na przykład często spotykałam się z krytyką, ponieważ lubię ubierać się na czarno i lubię tatuaże, lubię postawić na swoim i mam parę swoich małych dziwactw, jak np. ogromna wrażliwość (czasami nawet reklamy doprowadzają mnie do łez). Jednak będąc tutaj w Londynie, pojęłam, że tylko będąc sobą, robiąc jeszcze więcej tatuaży i podążając za moim wewnętrznym głosem będę szczęśliwa i będę miała możliwość cokolwiek osiągnąć. Nie ma sensu udawać przed ludźmi, a już na pewno przed samym sobą. To tak jakby taki coming out, tylko nas samych, dla naszych prawdziwych JA. Wewnątrz nas jest piękno i prawo do szczęścia, musimy się więc ze sobą pogodzić i pozwolić sobie na podążanie za tym wewnętrznym głosem i na pełne przejawienie się naszej osoby. W ten sposób osiągniemy szczęście. W końcu to ze sobą spędzimy całe życie, czas więc zostać swoim przyjacielem, zamiast wrogiem. 
      Piszę te słowa, ponieważ mam wrażenie, że żyjemy w bardzo chaotycznym świecie, który skutecznie zagłusza nasze pragnienia i uczy nas mysleć jednakowo, według banalnego szablonu. Pobłaża egocentrycznym i łatwym zachowaniom, wpaja ideał wyglądu, który tak naprawde nie jest realny, w zamian oferując pustą i tanią rozrywkę. A ja tak bardzo kocham ludzi, którzy sa dziwni, inni, oryginalni, którzy mają odwagę głośno mówić światu: Wiem kim jestem i nie boję się tego! Którzy dobrze czuja się ze sobą, przez co i inni dobrze czują się wśród nich. Kocham ludzi, którzy kochają siebie!
     Znalezienie akceptacji i miłości do siebie czasami wiąże się z procesem i przemianą. Z porzuceniem starych schematów i nawyków. Zdarza się, że jest to bardzo trudne. Ponieważ sama bardzo długo walczyłam ze sobą, próba samoakceptacji to temat bardzo bliski mojemu sercu. Wiem, że nie ma gotowego przepisu, często dochodzi się do tego metodą prób i błędów, będąc ze sobą po prostu szczerym i poszukając. Jedno wiem na pewno, warto. Przechodząc przez ten proces, czytając różne ksiązki i artykuły na ten temat wyszczególniłam sobie kilka punktów, które miały mi pomóc w pokochaniu siebie. Poniżej możecie je znaleźć, a w najbliższym czasie kilku z nich poświęcę trochę więcej miejsca na blogu. Tymczasem zostawiam Was dzisiaj z tym, czego się nauczyłam.

Jak pokochać siebie?

  1. Wybacz. Rodzicom. Rodzeństwu. Bliskim, którzy zawiedli. Przyjaciołom, którzy odeszli. Ludziom, którzy Cię zranili. Sobie samemu. Tym samym zostaw przeszłość za sobą.

  1. Daj sobie prawo do błędu, pomyłki czy porażki. Ale nie poddawaj się. W ten sposób się uczysz.

  1. Jedyną chwilą kiedy możesz być szczęśliwy to tu i teraz. Zacznij być świadomy teraźniejszości, jak najczęściej.

  1. Weź odpowiedzialność za swoje własne życie.

  1. Zdaj sobie sprawę ze swoich zalet.

  1.  Zdaj sobie sprawę ze swojej oryginalności.

  1. Stań twarzą w twarz ze swoimi wadami. Jeśli jest coś, co faktycznie cię denerwuje, zmień to. Wybierz jedną rzecz. Pracuj nad sobą.

  1. Zmień stare nawyki myślowe, zacznij kontrolować to, co myślisz i mówisz na własny temat. Zamiast słów: „powinnam”, „muszę” powiedz: „mogę”, „chcę”, „postanawiam”.

  1. Wyłącz głos wewnętrznego krytyka.

  2. Nie zadręczaj się strasznymi scenariuszami, nie oczekuj najgorszego. Jeżeli zaczną cię nawiedzać złe przeczucia,skieruj myśl na coś miłego.

  3. Tylko Ty możesz pokochać siebie. Nie oczekuj tego od innych.

  1. Bądź sobą, nie patrz na innych. Nie porównuj się do nikogo, ani do lepszych, ani do gorszych.

  1. Rób, co umiesz najlepiej na miarę swoich możliwości.

  1.  Pozwól sobie na trochę ekscentryczności.

  1. Naucz się radzić sobie z krytyką i odrzuceniem.

  1. Zacznij każdy dzień od spojrzenia w lustro, uśmiechu i kilku dobrych słów do siebie.

  1. Doceniaj ludzi, którzy są dla Ciebie dobrzy, mów przyjaciołom, że są dla Ciebie ważni. Pomagaj tym, którzy są od Ciebie słabsi.
















niedziela, 30 listopada 2014

To wszystko kwestia podejścia

     Witam wszystkich po dłuższej przerwie. Wakacje się skończyły, grudzień na karku, Londyn na co dzień zimny, szary i mokry. Nawet mnie chwyciła lekka jesienna depresja. Nie wiem skąd się ona wzięła, czy to niedobór słońca czy magnezu, ale coś było ostatnio nie tak. Na szczęście wracam na właściwą ścieżkę i a propos tego chciałabym się z Wami podzielić pewnym moim spostrzeżeniem, może niezbyt odkrywczym, ale w pewien sposób mogącym zmienić życie. Otóż żyjąc sobie, czytając i obserwując otaczającą rzeczywistość doszłam do wniosku, że wszystko, cały świat siedzi w naszej głowie. Każdy z nas jest zbiorowiskiem doświadczeń, poglądów, jest wypadkową tego, czego się nauczył, jak go wychowano, tego, co przeżył, zobaczył, usłyszał. Dlatego też wydaje mi się, że trudno pewne rzeczy stwierdzić na sto procent, dlatego tyle jest nurtów w filozofii, czy religii, dlatego czasami tak trudno nam się dogadać. Są chwilę, kiedy mam wrażenie, że każdy z nas jest jakby osobnym światem. Jestem też przekonana, że nasze życie, jego jakość i przebieg zależy tylko i wyłącznie od tego, co siedzi w naszych głowach. Od tego, jak odbieramy przytrafiające się nam wydarzenia i jak reagujemy na nie. Konsekwencje tego są takie, że być szczęśliwymi możemy bez względu na wszystko, ale jest to nasza, wewnętrzna robota. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że są trudne sytuacje, które nas czasami przerastają. Ale wciąż, mając w głowie odpowiednie nastawienie jesteśmy w stanie do problemów i kłopotów podejść z pewnym dystansem i traktować je jako wyzwanie. Co sprawia, że będzie nam łatwiej je przezwyciężyć i nie załamać się. A przecież o to chodzi, bo dobre i jasne dni w końcu nadejdą. Czasami złościmy się i denerwujemy, przeklinamy na czym świat stoi, ale problemy zawsze się pojawią. Trzeba więc umieć sobie z nimi odpowiednio radzić. Jak to ktoś napisał, jeśli na morzu są falę, czas nauczyć się surfować. Musimy złapać odpowiednią perspektywę w stosunku do życia. Także w tych chwilach kiedy wszystko jest super, pamiętać, że mamy do tego pełne prawo i doceniać dobro, które nas spotyka oraz dziękować za to, co mamy. 
     Nasz umysł to bardzo potężny mechanizm, to nasza broń, ale niestety obosieczna. Możemy sami siebie wywindować na najwyższy poziom, ale też sami możemy siebie zniszczyć. Innymi słowy  perspektywa z jaką oglądamy świat, determinuje nasze przeżycia. Od tego jakie znaczenie przypisujemy pewnym sytuacjom i wydarzeniom zależy to, jak będziemy się czuć i zachowywać. Dlatego ważna jest praca nad sobą, ważne jest, by przyglądnąć się temu, co w naszych głowach siedzi i pewne poglądy zweryfikować. Żyjemy w cudownych czasach, które dają nam niesamowite możliwości, jedyne niestety czego nam nie oferują, to odpowiedź na to jak żyć i być szczęśliwym. Zamiast tego podsuwają nam łatwe i szybkie rozwiązania, za pieniądze. Niestety życie nie jest takie proste, jak próbują nas przekonać reklamy. Czasami zmiana myślenia, to ciężka praca. Tak było w moim wypadku, bo kiedyś byłam dość negatywną osobą. Ciągle jeszcze zdarzają mi się gorsze dni, jednak znam już drogę. Rok temu postanowiłam wziąć odpowiedzialność za moje życie i szczęście, przestałam obwiniać cały świat za mój smutek, czy pecha i zacząć działać. Pracować nad sobą. Uważam, że zmieniając swoje myślenie, zmieniamy świat. Staniemy się także bardziej elastyczni, umiejąc dostosować się i czerpać na nasz użytek z tego, co aktualnie posiadamy. Ideę umiejętności dostosowania się znalazłam w książce „Zmień swoje życie w 7 dni” P. McKenna. Bardzo mnie ona zainteresowała i jest to taki mały, nowy projekt w moim życiu, by na problemy czy wyzwania starać się popatrzyć z innej, niż dotychczas perspektywy. Aby ją wytłumaczyć posłużę się przykładem znalezionym w książce. Otóż kiedyś śruby napędowe w statkach przytwierdzano metalowymi sworzniami (http://pl.wikipedia.org/wiki/Po%C5%82%C4%85czenie_sworzniowe :) ). Ludzie uważali, że muszą być one wykonane z mocnego i twardego materiału, by były bezpieczne i wytrzymałe. Niestety zrobione z metalu sworznie były tak sztywne, że kiedy zostały czymś uderzone, od razu pękały. Dlatego budowniczy doszli w końcu do wniosku, że lepiej przytwierdzać śruby okrętowe giętkimi gumowymi złączkami. Mimo, że materiał jest słabszy od metalu, są one trwalsze i o wiele bezpieczniejsze dzięki swojej elastyczności. Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy być jak chorągiewki na wietrze. Chodzi o to, by umieć złapać odpowiednie podejście do tego, co nam się przydarza, by szukać takich rozwiązań i takiej perspektywy, która działa na naszą własną korzyść.
      Pozostaje tylko pytanie: jak zacząć zmieniać swoje myślenie, jak zweryfikować, czy jest ono odpowiednie? Wydaję mi się, że należy na początku odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czy jestem szczęśliwy? Reszta to już bardzo indywidualna sprawa, kazdy z nas musi znaleźć odpowiedź na to pytanie oraz musi znaleźć lub nauczyć się wyłapywać odpowiednią perspektywę. Ale każdy z nas wie jak to zrobić, trzeba wsłuchać się w nasz wewnętrzny głos oraz posiłkować się doświadczeniem innych. 














sobota, 15 listopada 2014

Ho ho ho liday!

     Właśnie zaczęły mi sie tygodniowe wakacje!!! Yay! Plany są słodkie - od jutra Barcelona, a od piątku spotkania z przyjaciółmi, którzy przylatują do Londynu na weekend. Ostatnio miałam bardzo stresujący i zapracowany okres, ale dzięki temu mam w głowie kilka rzeczy, którymi chcę sie z Wami podzielić. Nastąpi to jednak dopiero po moim urlopie, gdyż bedę odcięta od komputerów. Dlatego dziś zostawię Was również z fajnymi obrazkami- cytatami. Jak głosi nagłówek mają one moc zmiany postrzegania świata. Poniżej zamieszczam również polskie tłumaczenie, ponieważ jeden z czytelników skarżył się, że angielskich tekstów nie chce mu się czytać. Mówisz - masz:) Życzę wszystkim cudownego weekendu i tygodnia!



10 zdań, które zmienią Twoje spojrzenie na życie:

  1. Ludzie nie są przeciwko Tobie, oni są dla siebie.
  2. Wspinaj się na góry nie po to, żeby świat mógł Cię zobaczyć, ale dlatego, żebyś Ty mógł zobaczyć świat.
  3. Więcej nauczysz się z porażki niż z sukcesu. Nie pozwól żeby niepowodzenie Cię zatrzymało, to ono buduje charakter.
  4. Ryzyko największe ze wszystkich: spędzić życie nie robiąc tego, co naprawdę pragniesz, zakładając, że będziesz mógł sobie kupić swobodę zrobienia tego później.
  5. Idź tam gdzie jesteś uwielbiany, nie tam, gdzie jesteś tylko tolerowany.
  6. Osobą z którą spędzisz największą część życia jesteś Ty sam. Upewnij się więc, że jesteś najbardziej interesującą wersją siebie.
  7. Jeśli zaakceptujesz swoje ograniczenia, będziesz mógł je przekroczyć.
  8. Ludzie często mówią, że motywacja nie może trwać wiecznie. To tak samo jak kąpiel. Dlatego zalecana jest codziennie.
  9. Każdy, kogo spotykasz boi się czegoś, kocha kogoś i stracił coś bardzo ważnego.
  10. Komfort jest wrogiem sukcesu.





wtorek, 11 listopada 2014

O stresie

     Właśnie przeglądam zupę (soup.io) i znalazlam fajny tekst. Pomyślałam, że muszę go tu wrzucić. Smacznego! :)

     "Psycholog podczas wykładu na temat zarządzania stresem przeszedł się po sali. Gdy podniósł szklankę z wodą, wszyscy pomyśleli że zaraz zada pytanie "czy szklanka jest w połowie pusta czy pełna". Zamiast tego, z uśmiechem na ustach, zapytał "ile waży ta szklanka?". Odpowiedzi były różne, od 200 g do 0,5 kg Psycholog odpowiedział: "Nie jest istotne ile waży ta szklanka. Zależy ile czasu będę ją trzymał. Jeśli potrzymam ją minutę to nie problem. Gdy potrzymam ją godzinę, będzie mnie boleć ręka. Gdy potrzymam ją cały dzień, moja ręka straci czucie i będzie sparaliżowana. W każdym przypadku szklanka waży tyle samo, jednak im dłużej ją trzymam tym cięższa się staje. Kontynuował: "Zmartwienia i stres w naszym życiu są jak ta szklanka z wodą. Jeśli o nich myślisz przez chwilę nic się nie dzieje. Jeśli o nich myślisz dłużej, zaczynają boleć. Jeśli myślisz o nich cały dzień, czujesz się sparaliżowany i niezdolny do zrobienia czegokolwiek. Pamiętaj by odłożyć szklankę."

Znalezione na Wykopie


niedziela, 9 listopada 2014

Człowiek sukcesu

     Dziś będzię krótko, ale mam nadzieje- treściwie. Mówi się, że nie ma gotowego przepisu na sukces. Ja jednak jakiś czas temu znalazlam tablicę, która zawiera wskazówki jak go odnieść. Ponieważ wszystko siedzi i zaczyna się w naszej głowie, w naszym wnętrzu, drogę do sukcesu należy zacząć od pracy nad swoim charakterem. Warto więc zweryfikować czy nasze zachowania wskazują na możliwość dotarcia na szczyt. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten rysunek, wiedziałam, że mam trochę pracy przed sobą, ale czułam też, że wysiłek się opłaci. Dziś wciąż zdarzy mi się ulec słabościom i czasami, np. narzekam, jednak wiem, że rzeczy które są zawarte poniżej prowadzą mnie w dobrym kierunku, a sekretem jest kwestia powtarzania i nie poddawania się.
     Jeśli i Ty pomyślisz, że czas na zmiany, a nie będziesz wiedział od czego zacząć polecam od rozpoczęcia pisania dziennika. Sama nie wiedziałam dlaczego to takie ważne, ale właśnie wtedy jeden z zeszytów zamieniłam na miejsce osobistych zapisków. Rozpoczęłam go opisując moje wymarzone życie, o czym wspominałam w jednej z poprzednich notatek (o tym jak spełniać marzenia). Od tego czasu, minęlo  już kilka dobrych miesięcy, a ja jestem w połowie drugiego zeszytu. Dlaczego to takie ważne? Myślę, że każdy znajdzie swoją odpowiedź, bo korzyści jest wiele i na kilku płaszczyznach. Dla mnie przede wszystkim to możliwość wyrzucenia, wypisania pewnych myśli, pomysłów, radości, a czasami smutków. Zapisywanie momentów do których będę chciała kiedyś wrócić. Jest to też zapis zmian, pracy nad sobą i mojej drogi. Przede wszystkim jest to jednak możliwość spotkania samej siebie, popatrzenia na moje życie, myśli i zachowania z większej perspektywy. Ostatnio próbuję nauczyć się zdrowej miłości do samej siebie. Próbowałam pojąć pewne moje zachowania i przyczyny, które mną kierują i dziennik był tak naprawdę podstawą do zrozumienia samej siebie! To tak jakbym miała w nim przyjaciela. Pozwala mi spojrzeć na siebie z dystansem i w większej perpsektywie!
     Co do poniższegi obrazka, myślę, że mój komentarz jest zbędny.:) Zostawiam go z Wami na niedzielę.:)


niedziela, 2 listopada 2014

Dziwne przypadki Cathazyny D.

     Dziś będzie o dziwnych przypadkach ostatnich dni. Zazwyczaj staram się pisać o czymś, czego się nauczyłam, czy o czymś, co przeczytałam i poprzeć to moim doświadczeniem. Jednak ostatnio mam strasznie zakręcony czas i chcę się tym z Wami podzielić. Bez zbędnych wstępów przenieśmy się zatem do czwartkowego wieczoru, kiedy to wraz z moim chłopakiem zamieszkaliśmy na Leyton, w mieszkaniu naszych ukochanych przyjaciół. By sprawować nad nim (mieszkaniem) pieczę, dokarmiać czarną kotkę i zażywać kąpieli w wannie, kiedy to oni będą podbijać Amsterdam. Nasi znajomy to najcudowniejsi ludzie pod słońcem i zostawili nam w podzięce za możliwość mieszkania w ich wspaniałym mieszkaniu 2 butelki wina. Którymi to wznieśliśmy toast za ich zdrowie jeszcze tego samego wieczora. Parę godzin później trzeba było się zbierać do snu, bo ja przecież jutro do pracy musze wstać rano, a że mieszkamy dalej od naszego domu, musze też wcześniej wstać. Z mojego stałego miejsca zamieszkania, by zdążyć do mojej pracy muszę wyjść około 6:20 (ważny detal- zaczynam o 7). Aby wszystko było git majonez postanawiam ustawić budzik na 4:45. Kurtyna spada, idziemy spać. Rano, pierwszy budzik, daje sobie jeszcze chwileczkę i po pięciu minutach – ogień, szybko wszystko, pełen chaos, decyduję, że pomaluję się w pracy, także tylko szybki prysznic, kawa, poszukiwanie moich rzeczy. Patrzę na zegarek, a tu już 20 po!!! Więc jak szalona porywam rower, wskakuję i w myślach tylko jedno: „Boże, żebym się nie spóźniła!”. Jadę więc na łeb, na szyję. Pędzę niczym wiatr. Ścigam się sama ze sobą, z czasem i z autobusem 158. Jedyne, co mnie dziwi, że strasznie szybko po tej zmianie czasu znowu zrobiło się ciemno. Ale kto ma w tym momencie czas na kontemplację natury? Na pewno nie ja. W końcu wypadam zza zakrętu, podjeżdżam do parkingu dla rowerów, jestem na Wood Green'ie. Patrzę na zegarek – zostało mi pięć minut. Alleluja! – zdążę. Truchcikiem więc podbiegam pod wejście, patrzę a tam pod schodami wrzosy! Myślę sobie, odbiję kartę, wezmę sobie od razu przerwę, żeby się pomalować i wrócę po te kwiatki, jeśli, oczywiście jeszcze tam będą… Podchodzę pod drzwi, wpisuję kod, naciskam klamkę… Zamknięte. Dosyć dziwne, bo zazwyczaj o tej porze jest tu pełno ludzi, jeśli drzwi są zamknięte. A jeśli ludzi nie ma, to powinni być w środku. A jeśli są w środku, to drzwi powinny być otwarte…. Wait a minute… Patrzę na telefon… a tam… 6 rano. 6 rano. 6. Przypomnę, zaczynam o 7. Jak to się stało? Nie wiem. Jedyne, co mnie usprawiedliwia, to fakt, że zegarki w kuchni znajomych zostały jeszcze w starej strefie czasowej. Ale… Najważniejsze jest to, jak zareagowałam! Cała nauka, medytacja, podstawy pozytywnego myślenia nie poszły w las! Przede wszystkim nie wkurzyłam się, tylko zaczęłam się śmiać! Pomyślałam o tym, że najważniejsze, że się nie spóźniłam. A potem przyszła mi jeszcze taka przewrotna myśl do głowy, że może tak miało być. Że może by mi się coś stało gdybym jechała o zwykłej porze… Takie tam, fatalistyczne wizje. Koniec końców zgarnęłam te śliczne wrzosy i poszłam na śniadanie. Po godzinie wróciłam, opowiedziałam wszystkim moją przygodę, pośmialiśmy się i zaczęliśmy pracę. A jedna z moich koleżanek przyniosła informację, że na drodze, którą jeżdżę do pracy był wypadek. I ktoś umarł. Przypadek? I don’t think so.
Ale to nie koniec.:)
Tego samego dnia, wieczorem wybraliśmy się na bardzo przyjemną i huczną imprezę d’n’b, na Brixton. Byłam mocno zmęczona, ale bilety zakupiliśmy parę miesięcy wcześniej, w dodatku było Halloween, więc iść trzeba. Ogólnie cała historia z rana wprawiła mnie w dość dobry humor, byłam z siebie dumna, że udało mi się tak dobrze zareagować na tą przedziwną przygodę i w ogóle postanowiłam się bawić. Jak się okazało zresztą, nie byłam jedyną, którą prześladuje pech. Mojemu kumplowi po drodze do Londynu zepsuło się auto, musiał więc je pozostawić na parkingu i przyjechać pociągiem, co opóźniło trochę nasze wyjście, ale stwierdziliśmy jeszcze raz, że już nie będziemy niczym się przejmować. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że impreza się dopiero rozkręca. Po wstępnym rekonesansie ja i mój facet wbiliśmy się na środek, tuż pod dj’kę, a, że nasi koledzy gdzieś zniknęli postanowiłam im napisać sms-a, że jesteśmy na dole i żeby koniecznie nas znaleźli. Tak też zrobiłam. Po paru minutach Łukasz mówi mi, żebym coś sprawdziła w torebce. Zaglądam. A tam pusto. Nie ma mojego telefonu!!!!!! Aaaaa!!!!!! Wyszliśmy więc z sali, poszliśmy prosto do security zgłosić kradzież. Choć ja już wiedziałam, że jedyne, co mogę zrobić to postawić na mym telefonie krzyżyk. Przeszliśmy przez formalności i poszliśmy na zewnątrz. Nie wiem jak to się stało, ale nasi znajomi też tam byli, także przynajmniej byliśmy razem. I tu się zaczęło. Byłam taka wkurzona. Taka rozżalona. Dlaczego mój telefon? Coś takiego akurat mnie się nie ma prawa zdarzyć, bo zawsze, ale to zawsze mam telefon przy sobie, dobrze schowany. Miałam tam wszystko, zdjęcia do portfolio do pracy, ważne sms-y, obrazki, notatki, no wszystko, co kołacze Ci się po głowie, a chcesz gdzieś to zapisać. Żal. Po prostu żal. I myślę sobie, jak to jest możliwe? Czy nie wystarczy mi jedna przygoda w której miałam dowieść, że jestem w stanie pozytywnie podejść do odmiennych, nowych, negatywnych sytuacji? Czy to nie za dużo przeciwności losu jak na jeden dzień? W dodatku jak to możliwe, wszyscy przychodzą się bawić, słuchać muzyki, dlaczego ktoś kradnie? Wylałam swoje smutki, znajomi mnie pocieszyli, wiec postanowiłam, wbrew mojemu pierwszemu odruchowi, jeszcze zostać. Koniec końców, poszliśmy do środka, ale niesmak pozostał. I trwał jeszcze cały następny dzień. I kawałek niedzieli. Ale w niedzielę… Ponieważ nie miałam ze sobą telefonu, a ja muszę coś czytać, zaczęłam czytać książkę, którą dostałam na urodziny, ale ciągle nie miałam chwili, żeby ją otworzyć. Jej tytuł to „Sztuka minimalizmu”. No więc w czasie, kiedy normalnie przeglądałabym fejsa, albo pinteresta zaczęłam czytać tą fantastyczną lekturę. I wtedy zrozumiałam. To zgubienie telefonu to nie był przypadek. To nie jest kara.  To jest chwila wytchnienia. To jest odpowiedź. (Bo właśnie niedawno myślałam o tym, żeby może skasować fejsa, że należałoby wrócić do częstszego czytania…) To jest szansa.Na uwolnienie się od tego mechanizmu. Na wolność od sięgania do torebki, co chwila, na sprawdzanie co tam słychać, kiedy rozmowa się nie klei. To szansa na prawdziwą konwersację, na poczytanie książki, na spojrzenie osobie, która siedzi obok w oczy…
Pojęłam też, czytając początek książki, że jednym z naszych największych problemów i źródłem wszelakich frustracji jest właśnie chęć posiadania. Posiadania rzeczy, gromadzenia dóbr, przysięganie ludzi, że to na zawsze… Doprowadza to do tego, iż nasze szczęście staje się zależnym od przedmiotów (i czynników zewnętrznych). Od tego czy je mamy. Jednak gdy je mamy, czy jesteśmy szczęśliwi? Czy zaraz potem nie pojawia się nowa chęć, nowa pokusa? U mnie się pojawia.;) Jak to jest, że zgubienie telefonu prawie popsuło mi jedną z najlepszych imprez na jakich byłam? Jednak o tym napisze pewnie po zakończeniu lektury.

Dziś chcę napisać, krótkie podsumowanie. Co nauczyły mnie ostatnie przygody? Że, aby być szczęśliwym trzeba zaufać, że wszystko, co nam się przytrafia, dzieje się z jakiegoś powodu. Nie widzimy go w danym momencie, ale czas kiedyś nam go odsłoni. Nawet jeśli są to rzeczy złe… Zazwyczaj nie mamy na to wpływu. Ale kiedy, później popatrzymy z perspektywy czasu, czy te rzeczy nie zakończyły się czymś dobrym w naszym życiu? Myślę, że dobrze jest nauczyć się trochę stoicyzmu. Dobrze jest nabrać zaufania, że rzeczy dzieją się tak jak powinny. Dobrze mieć w sobie nadzieję i pamiętać, że wszystko w końcu skończy się dobrze. A jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.