Dziś zabieram Was w małą podróż po Londynie. Z tym miastem jest tak, że albo go kochasz, albo nienawidzisz. Ja, jak już wspominałam kiedyś, mimo wszystko kocham. I jeśli go kochasz, on odwzajemnia to uczucie i pokazuje swoje słodkie tajemnice i zakamarki. Odsłania oblicze, które jest całkiem odmienne, od tego, które możecie znaleźć w przewodnikach, poradnikach i popularnych publikacjach.
Zapomnijcie więc o czerwonych budkach, królowej, książętach, tłoku na Oxford Circus i Trafalgar Square. Niah. Dziś zobaczycie kanały. Są to malutkie rzeki, którymi poprzecinane są niektóre dzielnice Londynu. Zostały one wybudowane na początku dziewiętnastego wieku, aby połączyć Tamizę z Grand Union Canal. Tym samym miały ułatwić i usprawnić transport poprzez Londyn. Na kanałach pływały barki transportując drewno, węgiel, żywność i wszystko inne. Początkowo barki były ciągnięte przez konie, które poruszały się po brzegu, z czasem oczywiście zamontowano silniki. Aby umożliwić przepływ barkom poprzez kanały, zbudowano na nich śluzy, mosty oraz tunele. Mimo, że kolej odebrała barkom i kanałom ich główne zadanie, w Londynie jeszcze długo wykorzystywano je do transportu. Z czasem jednak technika musiała dopiąć swojego i pierwotna funkcja kanałów zanikła. Jednak nie same kanały, ani nie barki.
Dziś wzdłuż kanałów znajdują się drogi przeznaczone dla spacerowiczów i rowerzystów. Poruszając się wzdłuż nich, można zobaczyć Londyn niezwykły i uroczy. Londyn, o którym czasami sami Londyńczycy nie mają pojęcia, nie mówiąc o turystach. Mijamy więc pola, łąki, kolorowe ogrody oraz różnorodne dzielnice. Bloki, małe domeczki, puby i kawiarenki. Mijamy wielu ludzi spacerujących lub przejeżdżających wzdłuż kanału. Mijamy wielu, którzy zasiedli w pubie na ogródku, by odpocząć lub spotkać się ze znajomymi. Na samym kanale natomiast znajdziemy setki uroczych barek. Tych samych, które 100 i 200 lat temu transportowały różnorodne towary. Dziś pięknie i kolorowo odrestaurowane. Co jakiś czas jedna z nich przepływa powoli kanałem z wesołą załogą na pokładzie. Reszta spoczywających barek jest przycumowana wzdłuż kanału, mamy więc cały czas szansę podziwiać ich kolorowe fasadki. Trudno samemu nie zacząć marzyć o posiadaniu takiej barki, aby móc w wolnym czacie udać się na wodną wycieczkę. Co zachwyca mnie jeszcze bardziej, niektórzy wykorzystują barki do stworzenia mini kawiarń, pubików, czy nawet księgarenek. Przysięgam moje serce bije szybciej kiedy widzę takie śliczne miejscóweczki.
Na pewno miejscem do którego najłatwiej dotrzeć i zobaczyć kanał jest Camden Town, które w centralnej części przecina właśnie Regent’s Canal. Warto zejść z drogi lub mostu i przespacerować się kawałek lub nawet usiąść i poobserwować sobie to ciekawe miejsce. Moim jednak ulubionym kanałem River Lee Navigation. Prowadzi on z Tottenham (znaczy zaczyna się gdzieś wcześniej, ale z tego miejsca zawsze zaczynam wycieczkę) do jednej z moich ulubionych dzielnic, Hackney Wick, poprzez Stratford, a potem aż do Canary Warf i samej Tamizy. Z tym kanałem, właściwie jego odkryciem wiążę się super przygoda. Otóż w zeszłoroczne lato postanowiłam ściągnąć do Londynu mój rower. Kiedy wreszcie zjawił się on na miejscu razem z Łukaszem postanowiliśmy się wybrać na pierwszą wycieczkę rowerową. Bez wielkiego pakowania się wsiedliśmy i ruszyliśmy poprzez łąki na Tottenham. Tam właśnie znaleźliśmy się przy kanale, nie wiedząc gdzie on prowadzi. Po małej dyskusji dotyczącej, którą stronę kanału wybrać na zwiedzanie skierowaliśmy się w lewo. I tak oto pierwszy raz zobaczyliśmy kanał i całą piękna infrastrukturę z nim związaną. Zachwytom nie było końca w trakcie zmieniającego się krajobrazu. W końcu wjechaliśmy do dzielnicy, która przywitała nas graffiti na ścianie starych budynków oraz tłocznymi pubami umieszczonymi bezpośrednio nad kanałem. I można powiedzieć, zaczęło się robić ciekawie. Ale za chwilę pojawiło się utrudnienie. Okazało się, że część drogi wzdłuż kanału jest zamknięta dla ruchu rowerowego ponieważ jest wyjątkowo wzmożony ruch pieszych. Postanowiliśmy więc zostawić na chwilę rowery i zobaczyć, gdzie jesteśmy i co się właściwie dzieje. Tak znaleźliśmy się na Hackney Wick. Dzielnicy należącej do Hackney, która jest pełna starych ceglanych budynków, wielkich magazynów, graffiti i street artu, dzielnicy artystów i hipsterów, oraz całej mieszanki cudownych i kolorowych ludzi, których nie da się zakwalifikować do żadnej subkultury. W dniu kiedy tam zajechaliśmy odbywał się właśnie festiwal nazywany Hackney Wicked. Okazało się, że kilka z miejscowych magazynów zostało przeznaczone na studia dla artystów wszelkiego rodzaju. Fotografów, malarzy, grafików, rzeźbiarzy i wielu innych. I raz do roku otwierają oni swoje studia dla publiczności i umożliwiają podglądnięcie ich pracy oraz zadanie kilku pytań lub nawiązanie współpracy. Sam pomysł wykorzystania opuszczonych magazynów, a potem zrobienie z tego jeszcze festiwalu uważam za genialny. Przy okazji oczywiście jest też dużo muzyki, jedzenia i świetnej zabawy. Nie zastanawialiśmy nawet minuty i daliśmy się ponieść przygodzie. Udało nam się zobaczyć kilka pracowni, porozmawiać z kilkoma przemiłymi osobami. A potem skierowaliśmy się tam, gdzie dobiegała muzyka…. A było to… na brzegu kanału. Właściciele jednej z barek zamienili ją na party barkę. W środku mieli dj’kę z konsoletami. Na dachu barki ustawili wielkie głośniki. Zaprosili na pokład – dach kilka osób, reszta zgromadziła się na brzegu i daliśmy się ponieść muzyce. To był jeden z najpiękniejszych wieczorów. Muzyka była idealna, grała w rytmie mego serca, nade mną rozpościerało się rozgwieżdżone niebo, a ja byłam w sercu jednej z największych stolic Europy. Razem z moim ukochanym. Otoczona tłumem kolorowych i roześmianych ludzi. Ta noc trwała jeszcze długo, ale to już opowieść na jakąś inną okazję.
Od tego czasu ciągle wracam w te miejsca oraz poznaje ich nowe części.
Jeśli będziecie kiedyś w Londynie, konieczni poszukajcie jakiegoś kanału i dajcie się zaprosić do całkiem innego świata. Jeśli będziecie w sierpniu, koniecznie szukajcie informacji o Hackney Wicked.
Poniżej, dla zobrazowania, zamieszczam serię pięknych zdjęć wykonaną przez Kate Wets. (po więcej koniecznie zajrzyj tu: https://katewets.wordpress.com/
Zapomnijcie więc o czerwonych budkach, królowej, książętach, tłoku na Oxford Circus i Trafalgar Square. Niah. Dziś zobaczycie kanały. Są to malutkie rzeki, którymi poprzecinane są niektóre dzielnice Londynu. Zostały one wybudowane na początku dziewiętnastego wieku, aby połączyć Tamizę z Grand Union Canal. Tym samym miały ułatwić i usprawnić transport poprzez Londyn. Na kanałach pływały barki transportując drewno, węgiel, żywność i wszystko inne. Początkowo barki były ciągnięte przez konie, które poruszały się po brzegu, z czasem oczywiście zamontowano silniki. Aby umożliwić przepływ barkom poprzez kanały, zbudowano na nich śluzy, mosty oraz tunele. Mimo, że kolej odebrała barkom i kanałom ich główne zadanie, w Londynie jeszcze długo wykorzystywano je do transportu. Z czasem jednak technika musiała dopiąć swojego i pierwotna funkcja kanałów zanikła. Jednak nie same kanały, ani nie barki.
Dziś wzdłuż kanałów znajdują się drogi przeznaczone dla spacerowiczów i rowerzystów. Poruszając się wzdłuż nich, można zobaczyć Londyn niezwykły i uroczy. Londyn, o którym czasami sami Londyńczycy nie mają pojęcia, nie mówiąc o turystach. Mijamy więc pola, łąki, kolorowe ogrody oraz różnorodne dzielnice. Bloki, małe domeczki, puby i kawiarenki. Mijamy wielu ludzi spacerujących lub przejeżdżających wzdłuż kanału. Mijamy wielu, którzy zasiedli w pubie na ogródku, by odpocząć lub spotkać się ze znajomymi. Na samym kanale natomiast znajdziemy setki uroczych barek. Tych samych, które 100 i 200 lat temu transportowały różnorodne towary. Dziś pięknie i kolorowo odrestaurowane. Co jakiś czas jedna z nich przepływa powoli kanałem z wesołą załogą na pokładzie. Reszta spoczywających barek jest przycumowana wzdłuż kanału, mamy więc cały czas szansę podziwiać ich kolorowe fasadki. Trudno samemu nie zacząć marzyć o posiadaniu takiej barki, aby móc w wolnym czacie udać się na wodną wycieczkę. Co zachwyca mnie jeszcze bardziej, niektórzy wykorzystują barki do stworzenia mini kawiarń, pubików, czy nawet księgarenek. Przysięgam moje serce bije szybciej kiedy widzę takie śliczne miejscóweczki.
Na pewno miejscem do którego najłatwiej dotrzeć i zobaczyć kanał jest Camden Town, które w centralnej części przecina właśnie Regent’s Canal. Warto zejść z drogi lub mostu i przespacerować się kawałek lub nawet usiąść i poobserwować sobie to ciekawe miejsce. Moim jednak ulubionym kanałem River Lee Navigation. Prowadzi on z Tottenham (znaczy zaczyna się gdzieś wcześniej, ale z tego miejsca zawsze zaczynam wycieczkę) do jednej z moich ulubionych dzielnic, Hackney Wick, poprzez Stratford, a potem aż do Canary Warf i samej Tamizy. Z tym kanałem, właściwie jego odkryciem wiążę się super przygoda. Otóż w zeszłoroczne lato postanowiłam ściągnąć do Londynu mój rower. Kiedy wreszcie zjawił się on na miejscu razem z Łukaszem postanowiliśmy się wybrać na pierwszą wycieczkę rowerową. Bez wielkiego pakowania się wsiedliśmy i ruszyliśmy poprzez łąki na Tottenham. Tam właśnie znaleźliśmy się przy kanale, nie wiedząc gdzie on prowadzi. Po małej dyskusji dotyczącej, którą stronę kanału wybrać na zwiedzanie skierowaliśmy się w lewo. I tak oto pierwszy raz zobaczyliśmy kanał i całą piękna infrastrukturę z nim związaną. Zachwytom nie było końca w trakcie zmieniającego się krajobrazu. W końcu wjechaliśmy do dzielnicy, która przywitała nas graffiti na ścianie starych budynków oraz tłocznymi pubami umieszczonymi bezpośrednio nad kanałem. I można powiedzieć, zaczęło się robić ciekawie. Ale za chwilę pojawiło się utrudnienie. Okazało się, że część drogi wzdłuż kanału jest zamknięta dla ruchu rowerowego ponieważ jest wyjątkowo wzmożony ruch pieszych. Postanowiliśmy więc zostawić na chwilę rowery i zobaczyć, gdzie jesteśmy i co się właściwie dzieje. Tak znaleźliśmy się na Hackney Wick. Dzielnicy należącej do Hackney, która jest pełna starych ceglanych budynków, wielkich magazynów, graffiti i street artu, dzielnicy artystów i hipsterów, oraz całej mieszanki cudownych i kolorowych ludzi, których nie da się zakwalifikować do żadnej subkultury. W dniu kiedy tam zajechaliśmy odbywał się właśnie festiwal nazywany Hackney Wicked. Okazało się, że kilka z miejscowych magazynów zostało przeznaczone na studia dla artystów wszelkiego rodzaju. Fotografów, malarzy, grafików, rzeźbiarzy i wielu innych. I raz do roku otwierają oni swoje studia dla publiczności i umożliwiają podglądnięcie ich pracy oraz zadanie kilku pytań lub nawiązanie współpracy. Sam pomysł wykorzystania opuszczonych magazynów, a potem zrobienie z tego jeszcze festiwalu uważam za genialny. Przy okazji oczywiście jest też dużo muzyki, jedzenia i świetnej zabawy. Nie zastanawialiśmy nawet minuty i daliśmy się ponieść przygodzie. Udało nam się zobaczyć kilka pracowni, porozmawiać z kilkoma przemiłymi osobami. A potem skierowaliśmy się tam, gdzie dobiegała muzyka…. A było to… na brzegu kanału. Właściciele jednej z barek zamienili ją na party barkę. W środku mieli dj’kę z konsoletami. Na dachu barki ustawili wielkie głośniki. Zaprosili na pokład – dach kilka osób, reszta zgromadziła się na brzegu i daliśmy się ponieść muzyce. To był jeden z najpiękniejszych wieczorów. Muzyka była idealna, grała w rytmie mego serca, nade mną rozpościerało się rozgwieżdżone niebo, a ja byłam w sercu jednej z największych stolic Europy. Razem z moim ukochanym. Otoczona tłumem kolorowych i roześmianych ludzi. Ta noc trwała jeszcze długo, ale to już opowieść na jakąś inną okazję.
Od tego czasu ciągle wracam w te miejsca oraz poznaje ich nowe części.
Jeśli będziecie kiedyś w Londynie, konieczni poszukajcie jakiegoś kanału i dajcie się zaprosić do całkiem innego świata. Jeśli będziecie w sierpniu, koniecznie szukajcie informacji o Hackney Wicked.
Poniżej, dla zobrazowania, zamieszczam serię pięknych zdjęć wykonaną przez Kate Wets. (po więcej koniecznie zajrzyj tu: https://katewets.wordpress.com/
Tu jeszcze kilka, znalezionych zdjęć w internetach:
PS: Przepraszam za tak długą przerwę w pisaniu, ale ostatnio mam nawał
pracy i turbo nawał przygotowań przedślubnych, bo zbliża się TEN dzień wielkimi
krokami. Nie mogę przysiąc, że to się zmieni od przyszłego tygodnia, natomiast
połowa maja, mam nadzieje będzie już spokojniejsza i wtedy postaram się wrócić
do bardziej regularnych postów.



























