niedziela, 31 stycznia 2016

Myśli nie do złożenia, czyli być emigrantką.

Do słuchania w trakcie czytania:

     

      Jestem właśnie w Polsce. Tygodniowe wakacje dobiegają końca. Zawsze kłębi się we mnie całe mnóstwo nienazwanych uczuć, kiedy wracam tutaj, a potem znowu do Londynu. To taka dziwna myśl, być emigrantką. Powracam do Krakowa, który jest wciąż taki sam jak go pamiętam. Te same szare poobijane kamienice. Te same szare twarze kierujące wzrok ze znakiem zapytania w moją stronę. Te same puby i kluby. Ten sam różowawy zmrok, zapach dymu z komina i lekki mróz. Niebieskie tramwaje i ich stukot pośród starych uliczek. I rozrywki. Czas jakby stanął w miejscu. A jednak nie jestem w domu. Nie jestem u siebie. Nie należę już do tego miejsca, ani ono do mnie.

Chyba dlatego, że nie jestem już tą samą osobą, która wyjeżdżała z tego miasta trzy lat temu. Czas wyrwał z mego serca i umysłu spory kawałek, i włożył w jego miejsce nowy pryzmat. Miejsca i doświadczenia, które przeżyłam od tamtej pory utwierdziły mnie w sobie, wylane łzy oczyściły, a moi ludzie, sprawili, że się nie poddałam. Gdyby ktoś, kiedyś mi powiedział, że tak się stanie, nie uwierzyłabym. Nie uwierzyłabym, że pozbędę się tej tony smutku, depresji, bezradności i zwątpienia. I, że otrzymam i wypracuję w zamian miłość, nadzieję i wiarę. Nie uwierzyłabym nikomu, że niewiadoma, jaką była dla mnie dorosłość, będzie czasem komfortu i spokoju. Czasem, kiedy zacznę panować nad moim życiem i kreować je. Bynajmniej nie chodzi mi o ten spokój związany z ustatkowaniem się. O nie, niestety do tego jeszcze tak bardzo daleko, bo Londyn też nie jest moim domem. Ani inne miasta, w których się na chwilę zatrzymuję. Wyjeżdżając trzy lata temu porzuciłam moje młodzieńcze życie, bliskich ludzi i stałam się bezdomną. Niby gdzieś tam mam dach nad głową i łóżko. Nie śpię na ulicy. Jednak nie mam domu. Moje serce nie jest nigdzie u siebie. Ciągle za czymś tęskni i do czegoś się wyrywa. Tylko w ramionach mojego mężczyzny jest spokojne i odnajduję namiastkę domu. Błąkamy się więc razem po świecie i szukamy miejsca, które nazwiemy naszym Domem.

Jednak przyjeżdżając do Polski po latach, przyglądając się sobie i temu wszystkiemu, co tutaj zostawiłam widzę to stare życie w nowym odcieniu. Czas jakby przygasił jaskrawe kolory, jednak miłość, którą tutaj znajduję i doświadczam, ociepla je. Bycie tutaj ma cudowny, łagodny kolor dojrzałych jabłek, znalezionych w sadzie w jesienny, ciepły zmierzch. I słodko-gorzki smak. A ja zatapiam się zawsze w tym zmierzchu, obserwuję, podwijam kolana pod brodę, owijam się tą miłością jak ciepłym kocem i chłonę.
Miłość mojej mamy i jej zawsze zmartwione czoło, bo wciąż nie rozumie, że już dorośliśmy i musimy siłować się z życiem sami. Ktoś szepcze mi na ucho, że taki już los matki.
Miłość mojej babci. Długie rozmowy o życiu i o śmierci. W kontekście jej coraz głębszych zmarszczek czasami stają się nieznośnym proroctwem nadchodzącej pustki.
Miłość rodziny. Spotkania, których kiedyś nienawidziłam i pod byle pretekstem uciekałam od nich. Dziś są niczym przystań, niczym spotkanie w kawiarni. Lekkie, ciekawskie i okraszone śmiechem.
Miłość przyjaciół. Szybkie rozmowy w których próbujemy nadrobić czas, który tak szybko ucieka. Nocne posiadówki, zupełnie jak sprzed kilku lat przy różnorakich butelkach i snującym się powoli dymie. Póki ostatnie świetliki nie zgasną. Przecież tak naprawdę wciąż jesteśmy młodzi. I stoimy u progu życia. No dobra, właśnie przez niego przechodzimy. Z całym impetem na jaki nas stać.
Miłość dziecka. Największa niespodzianka jaką dostałam ostatnio od życia. Nie umiem opisać piękna dziecięcej miłości. Ani słodyczy spontanicznego pocałunku.
Miłość mężczyzny. Taka, która sprawia, ze lubisz siebie i chcesz być kimś coraz lepszym.

Widocznie czasami trzeba się oddalić, by móc znowu być blisko. Ktoś o tym już pisał. Czyżby Kazik?


                                           










środa, 6 stycznia 2016

Biegnij Kaska Biegnij

31/12/2015 - Sylwester

Godz: 22:00

Siedzimy. Pijemy. Gadamy.
W kameralnym gronie przyjaciół. Oczekując wybicia północy.
Co roku mam wrażenie, że powinnam robić coś innego. Jakoś bardziej i świąteczniej obchodzić zakończenie roku. Nie wiem dlaczego. Czy zakończenie jakiejś daty jest aż tak istotne? W tym roku  było szczególnie spokojnie. Postanowiłam dać sobie bana na imprezy. Uspokoić się. Zaoszczędzić trochę pieniędzy, czasu, zdrowia i kaca. Miało na to wpływ kilka spraw. Przez ostatni rok pracowałam nad sobą, nad moim życiem, dużo czytałam, myślałam, analizowałam i zastanawiałam się. Doszłam w końcu do wniosku, że moim największym problemem jest nieumiejętność gospodarowania czasem. Za dużo mijało mi go na imprezach i ledwych porankach dzień później, za dużo było internetu, byle jakich wieczorów, odkładania wszystkiego na jutro, na później. Postanowiłam więc nad tym popracować. Kupiłam gruby kalendarz. I uczę się znajdować czas na to, co naprawdę dla mnie ważne. Słucham też uważnie siebie, co mi w duszy gra i co podpowiada intuicja. W tym wszystkim utwierdziło mnie drugie ważne wydarzenie. W grudniu odszedł mój dziadek. Pierwszy raz w moim życiu śmierć zabrała kogoś bliskiego. Pierwszy raz poczułam, co oznacza nie spotkać bliskiej osoby już nigdy, nieodwołalnie. Pierwszy raz też od dawna stanęły mi przed oczami wspomnienia z odległego dzieciństwa. Z archaicznej przeszłości. Małej Kasi bawiącej się na wakacjach, na które zabrali ją babcia i dziadek. Pierwszy raz w życiu poczułam też jak bardzo dziadek mnie kochał... Jego miłość spłynęła na moje serce i pozwoliła cicho płakać i modlić się. Postanowiłam więc zachować do wiosny żałobę. Wstrzymać się od głośnych imprez, tańców, koncertów. Wyciszyć się. Uspokoić. Skupić się na tym, co ważne, co przyniesie jakieś wymierne efekty, a nie zginie w oparach nocy. Zapaść w zimowy sen, w ciemność tych kilku miesięcy. 
Bardzo do serca wzięłam sobie słowa poety:

Jak winny- li- niewinny sumienia wyrzut
że się żyje
gdy umarło tylu tylu tylu 
(…)
Jak biec to do końca,
Potem odpoczniesz,
Potem odpoczniesz

Tak więc mój sylwester upłynął na siedzeniu, zajadaniu pysznych dań, sączeniu kolorowego drinka i… słuchania rozmów przyjaciół, bądź tego, co ma do powiedzenia telewizor i obchodzący w nim swoją zabawę Polacy z dwójką… Nic ekscytującego. Wręcz przeciwnie. A ja starałam się po prostu cieszyć tym wieczorem. Tą chwilą.

23:00
W Polsce wybiła północ, a my wraz z nią zaczęliśmy pierwszego szampana. Było śmiesznie, szczególnie na stwierdzenie, że sąsiedzi musieli mieć niezłe zdziwko słysząc nas świętujących nowy rok o godzinę za wcześnie.
Były też życzenia i telefony. I ciepło na sercu, na myśl o kilku bliskich osobach, które zostały w Polsce.

23:30
Rzucam pomysł wyjścia. Przecież musimy gdzieś iść oglądać sztuczne ognie. Nie udał się daleki wypad na wzgórze, chodźmy zatem gdziekolwiek, żebyśmy mogli zobaczyć jak bawią się mieszkańcy. Londyn niestety jest bardzo płaski, dlatego co roku oglądałam jedynie te fajerwerki, które do zaoferowania mieli okoliczni sąsiedzi miejsc, gdzie akurat byłam na noworocznym party. W tym roku chciałam zobaczyć jak świętuje Londyn! Szybko więc!

23:55
Bięgnę. Bięgnę ile sił w nogach. Biegnę niczym Lola, niczym Phoebe w parku, niczym uciekająca panna młoda. W tym moim biegu jest wszystko. Ucieczka i bieg do celu. Radość i smutek. Ekscytacja. Wolność. Spełnienie marzeń. Pobicie rekordu świata. Obietnica lepszego jutra. Moje serce wali jak szalone, moje włosy są rozwiane, zaczyna brakować mi tchu. Biegnę jakby od tego zależała cała moja przyszłość i przyszłość tego świata, jakby od tego zależało szczęście w roku 2016. Biegnę jakbym znowu była dzieckiem. Jakby to było naprawdę ważne. Biegnę i krzyczę i śmieję się. Bo zostały już dosłownie sekundy do północy, a my właśnie weszliśmy w blokowiska na Stratford i… zacznie się bez nas. Nowy rok przecież nie poczeka, a ja nie chcę go zaczynać pomiędzy wielkimi, betonowymi budynkami, które zasłaniają niebo. Nie chcę, żeby było jak zwykle – wielkie plany, a potem nic, fiasko i nagroda pocieszenia. Chcę być na wielkiej przestrzeni. Chcę widzieć wszystkie światła tej wyjątkowej nocy. Chcę oglądać kolorową feerię na cześć nowej cyfry w dacie. Więc biegnę, odwracam się za siebie, wołam coś do pozostałych i biegnę jak szalona na przód.

00:00
Padamy sobie w ramiona z Moniką. Udało się! Dobiegłyśmy do miejsca, gdzie widać niebo i poszczególne części Londynu na horyzoncie. Po chwili dobiega do nas reszta. Składamy sobie życzenia, otwieramy szampana, krzyczymy, przytulamy się, tańczymy, oglądamy fajerwerki i śpiewamy: Bejbi ju ar fajerłooooork. Śmiejemy się. A wokoło nas rozświetlają grudniowo-styczniowe niebo ognie z całego Londynu. Wiek nie ma znaczenia. Radość ma.

To był najlepszy Sylwester ever.






środa, 30 grudnia 2015

Fuckin Come Back

     O kurwa.
Reaktywacja!
Nie spodziewałam się tego totalnie.
Znaczy tak. Spodziewałm się, że powrócę do pisania i wrzucania tego w sieć, bo ostatnio aż mnie skręca, żeby dać ujście emocjom i myślom, żeby je gdzieś z siebie wyrzucić. Stanęłam natomiast przed wyborem - zakładanie nowego bloga czy powrót do starego. I jak już miałam gotowe rozwiązanie, pojawiał się kolejny dylemat, pisać jako ja czy stać się pisarko-poetką i tworzyć fikcyjny świat? Pisać porady życiowe, czy raczej tworzyć ładne słowa? Pisać szczerze do bólu, co mi nie pasuje i dać się wciągnąć w grę krytyki, i postawić siebie na wysokości obserwatora, dając sobie, tym samym uprzywilejwane - ja wiem lepiej? Czy ze skromnością i w cichości serca, z dystansem pisać o świecie naokoło, delikatną wybierając formę i treść?
O maj Gad. Wciąż nie wiem.
     Jednak za radą mojej złotej i ukochanej Belli wracam tutaj. Upraszczam wszystko jak się da, czyli raczej będę po prostu pisać. Pisać. Pisać. Pisać. O wszystkim i o niczym. O tym, co wiem i czego chciałabym się dowiedzieć. O magicznych formułach tego zwyczajnego świata. O radościach i tragediach. O dylematach. O buncie. O diagnozach jakie stawiam, kiedy przyglądam się temu wszystkiemu. O pięknie i delikatnej harmonii wszechświata.  Na pewno będzie dużo o ideach i dużo będzie idealistycznych poglądów. O motywacji do życia. Właściwie może o sposobach na życie? Jak, do cholery, wycisnąć z niego więcej? Jak być szczęsliwym. Jak być kobietą. Na pewno wspomnę o książkach, o muzyce, o sztuce. I o ludziach. Bo to oni są esencją mego życia. Jednak rezygnuje z wcześniejszej formy, bloga, który ma motywować. Będzie raczej: Jestem Kaśka, mieszkam w Londynie, i mówię jak jest. Chcesz, to korzystaj.
     A może będzie po prostu o niczym?
Zostawiam starą zawartość, bo możliwe że jest tam coś ciekawego. A na pewno jest ona świadectwem tego kim jestem i jaką drogę przeszłam, jakie kierunki obrałam.  No i chyba zabawnie będzie powrócić do tego wszystkiego po pół roku. Kim jestem dziś? Czym jest świat? Tak naprawdę wcale się nie zmieniamy. Uczymy się tylko.
Chciałam też odświerzyć wizualnie to miejsce, jestem estetką, więc chciałabym, żeby było ślicznie... Jednak wyszło jak wyszło... W ogóle nie znam się na tworzeniu stron, nawet takich podstawowych jak blogi. No i za cholerę nie mam do tego cierpliwości!!! Jedyne, co ogarnęłam, to zmiana koloru, wybrałam trochę różu, zamiast czerni, żeby nie odstraszać przypadkowych przybyszów. I nowy obrazek. Coolerski, no nie? Girl Power Forever! Zresztą na koniec stwierdziłam, że nie ma co udziwniać. Chodzi o to, żeby sobie popisać. I wysłać sygnał do wszechświata. Hej, tu jestem. Jeśli jesteś nienormalny, tą samą nienormalnością, co ja - odezwij się.

Welcome back.

sobota, 25 kwietnia 2015

London love

      Dziś zabieram Was w małą podróż po Londynie. Z tym miastem jest tak, że albo go kochasz, albo nienawidzisz. Ja, jak już wspominałam kiedyś, mimo wszystko kocham. I jeśli go kochasz, on odwzajemnia to uczucie i pokazuje swoje słodkie tajemnice i zakamarki. Odsłania oblicze, które jest całkiem odmienne, od tego, które możecie znaleźć w przewodnikach, poradnikach i popularnych publikacjach.
     Zapomnijcie więc o czerwonych budkach, królowej, książętach, tłoku na Oxford Circus i Trafalgar Square. Niah. Dziś zobaczycie kanały. Są to malutkie rzeki, którymi poprzecinane są niektóre dzielnice Londynu. Zostały one wybudowane na początku dziewiętnastego wieku, aby połączyć Tamizę z Grand Union Canal. Tym samym miały ułatwić i usprawnić transport poprzez Londyn. Na kanałach pływały barki transportując drewno, węgiel, żywność i wszystko inne. Początkowo barki były ciągnięte przez konie, które poruszały się po brzegu, z czasem oczywiście zamontowano silniki. Aby umożliwić przepływ barkom poprzez kanały, zbudowano na nich śluzy, mosty oraz tunele. Mimo, że kolej odebrała barkom i kanałom ich główne zadanie, w Londynie jeszcze długo wykorzystywano je do transportu. Z czasem jednak technika musiała dopiąć swojego i pierwotna funkcja kanałów zanikła. Jednak nie same kanały, ani nie barki.
     Dziś wzdłuż kanałów znajdują się drogi przeznaczone dla spacerowiczów i rowerzystów. Poruszając się wzdłuż nich, można zobaczyć Londyn niezwykły i uroczy. Londyn, o którym czasami sami Londyńczycy nie mają pojęcia, nie mówiąc o turystach. Mijamy więc pola, łąki, kolorowe ogrody oraz różnorodne dzielnice. Bloki, małe domeczki, puby i kawiarenki. Mijamy wielu ludzi spacerujących lub przejeżdżających wzdłuż kanału. Mijamy wielu, którzy zasiedli w pubie na ogródku, by odpocząć lub spotkać się ze znajomymi. Na samym kanale natomiast znajdziemy setki uroczych barek. Tych samych, które 100 i 200 lat temu transportowały różnorodne towary. Dziś pięknie i kolorowo odrestaurowane. Co jakiś czas jedna z nich przepływa powoli kanałem z wesołą załogą na pokładzie. Reszta spoczywających barek jest przycumowana wzdłuż kanału, mamy więc cały czas szansę podziwiać ich kolorowe fasadki. Trudno samemu nie zacząć marzyć o posiadaniu takiej barki, aby móc w wolnym czacie udać się na wodną wycieczkę. Co zachwyca mnie jeszcze bardziej, niektórzy wykorzystują barki do stworzenia mini kawiarń, pubików, czy nawet księgarenek. Przysięgam moje serce bije szybciej kiedy widzę takie śliczne miejscóweczki.    
      Na pewno miejscem do którego najłatwiej dotrzeć i zobaczyć kanał jest Camden Town, które w centralnej części przecina właśnie Regent’s Canal. Warto zejść z drogi lub mostu i przespacerować się kawałek lub nawet usiąść i poobserwować sobie to ciekawe miejsce. Moim jednak ulubionym kanałem River Lee Navigation. Prowadzi on z Tottenham (znaczy zaczyna się gdzieś wcześniej, ale z tego miejsca zawsze zaczynam wycieczkę) do jednej z moich ulubionych dzielnic, Hackney Wick, poprzez Stratford, a potem aż do Canary Warf i samej Tamizy. Z tym kanałem, właściwie jego odkryciem wiążę się super przygoda. Otóż w zeszłoroczne lato postanowiłam ściągnąć do Londynu mój rower. Kiedy wreszcie zjawił się on na miejscu razem z Łukaszem postanowiliśmy się wybrać na pierwszą wycieczkę rowerową. Bez wielkiego pakowania się wsiedliśmy i ruszyliśmy poprzez łąki na Tottenham. Tam właśnie znaleźliśmy się przy kanale, nie wiedząc gdzie on prowadzi. Po małej dyskusji dotyczącej, którą stronę kanału wybrać na zwiedzanie skierowaliśmy się w lewo. I tak oto pierwszy raz zobaczyliśmy kanał i całą piękna infrastrukturę z nim związaną. Zachwytom nie było końca w trakcie zmieniającego się krajobrazu. W końcu wjechaliśmy do dzielnicy, która przywitała nas graffiti na ścianie starych budynków oraz tłocznymi pubami umieszczonymi bezpośrednio nad kanałem. I można powiedzieć, zaczęło się robić ciekawie. Ale za chwilę pojawiło się utrudnienie. Okazało się, że część drogi wzdłuż kanału jest zamknięta dla ruchu rowerowego ponieważ jest wyjątkowo wzmożony ruch pieszych. Postanowiliśmy więc zostawić na chwilę rowery i zobaczyć, gdzie jesteśmy i co się właściwie dzieje. Tak znaleźliśmy się na Hackney Wick. Dzielnicy należącej do Hackney, która jest pełna starych ceglanych budynków, wielkich magazynów, graffiti i street artu, dzielnicy artystów i hipsterów, oraz całej mieszanki cudownych i kolorowych ludzi, których nie da się zakwalifikować do żadnej subkultury. W dniu kiedy tam zajechaliśmy odbywał się właśnie festiwal nazywany Hackney Wicked. Okazało się, że kilka z miejscowych magazynów zostało przeznaczone na studia dla artystów wszelkiego rodzaju. Fotografów, malarzy, grafików, rzeźbiarzy i wielu innych. I raz do roku otwierają oni swoje studia dla publiczności i umożliwiają podglądnięcie ich pracy oraz zadanie kilku pytań lub nawiązanie współpracy. Sam pomysł wykorzystania opuszczonych magazynów, a potem zrobienie z tego jeszcze festiwalu uważam za genialny. Przy okazji oczywiście jest też dużo muzyki, jedzenia i świetnej zabawy. Nie zastanawialiśmy nawet minuty i daliśmy się ponieść przygodzie. Udało nam się zobaczyć kilka pracowni, porozmawiać z kilkoma przemiłymi osobami. A potem skierowaliśmy się tam, gdzie dobiegała muzyka…. A było to… na brzegu kanału. Właściciele jednej z barek zamienili ją na party barkę. W środku mieli dj’kę z konsoletami. Na dachu barki ustawili wielkie głośniki. Zaprosili na pokład – dach kilka osób, reszta zgromadziła się na brzegu i daliśmy się ponieść muzyce. To był jeden z najpiękniejszych wieczorów. Muzyka była idealna, grała w rytmie mego serca, nade mną rozpościerało się rozgwieżdżone niebo, a ja byłam w sercu jednej z największych stolic Europy. Razem z moim ukochanym. Otoczona tłumem kolorowych i roześmianych ludzi. Ta noc trwała jeszcze długo, ale to już opowieść na jakąś inną okazję.
Od tego czasu ciągle wracam w te miejsca oraz poznaje ich nowe części.
     Jeśli będziecie kiedyś w Londynie, konieczni poszukajcie jakiegoś kanału i dajcie się zaprosić do całkiem innego świata. Jeśli będziecie w sierpniu, koniecznie szukajcie informacji o Hackney Wicked.

     Poniżej, dla zobrazowania, zamieszczam serię pięknych zdjęć wykonaną przez Kate Wets. (po więcej koniecznie zajrzyj tu: https://katewets.wordpress.com/










Tu jeszcze kilka, znalezionych zdjęć w internetach:






PS: Przepraszam za tak długą przerwę w pisaniu, ale ostatnio mam nawał pracy i turbo nawał przygotowań przedślubnych, bo zbliża się TEN dzień wielkimi krokami. Nie mogę przysiąc, że to się zmieni od przyszłego tygodnia, natomiast połowa maja, mam nadzieje będzie już spokojniejsza i wtedy postaram się wrócić do bardziej regularnych postów. 

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wiara czyni cuda

Alleluja!
W ten dzień radosny chcę napisać jedno. Uwierz.
     Uwierz w siebie. Uwierz w dobrą przyszłość. Uwierz, że masz siłę. Uwierz, że jutro będzie lepsze. Uwierz, że czekają na Ciebie wspaniałe chwilę. Uwierz, że możesz.
     Prawdą jest to, że jesteś tym, czym myślisz. To, co siedzi w Twojej głowie, to jak odbierasz rzeczywistość, manifestuje się w Twoim życiu. Na każdym kroku. Życie jest jakie jest i będą przydarzać Ci się różne sytuację. Tylko i wyłącznie od Ciebie zależy jak je będziesz postrzegał. To znana i stara prawda. Podział na optymistów i pesymistów. Jednak nie chodzi tutaj o usposobienie. Chodzi o Twoją decyzję. O Twój największy wybór. To czym karmisz swój umysł, to jakie masz myśli, ma największy wpływ na to, jak będzie wyglądał świat wokół Ciebie.
Dlatego tak ważne jest aby wierzyć.
     Nie chcę być demagogiem, ani poręczycielem jakiegokolwiek kościoła. Natomiast uważam, że wszystkie święte księgi są przepełnione prawdziwą i świętą mądrością. I w każdej z nich można znaleźć teksty o tym, jak ważna jest wiara. Czytając różne książki, podążając za filozofami i myślicielami zaczęłam to dostrzegać. Wszędzie, bez względu na wyznawana religię czy światopogląd podkreśla się jak ważna jest wiara. Na całym świecie. Jeśli wyjąć to na chwilę z kontekstu religii zaczyna się dostrzegać pewną uniwersalną prawdę. Wiara jest podstawą wszystkiego. Czy to buddyzm czy  katolicyzm. Czy czytający książkę Sekret czy słuchając amerykańskich couchów. Przesłanie jest jedno. Uwierz.
     Dlaczego modlitwy są tak skuteczne? Dlaczego uzdrowienia mają miejsce? Dlaczego w kościele tak długo przebiega proces beatyfikacyjny? A hipnoza? Podczas której można człowiekowi wmówić wszystko? Absolutnie wszystko. Stanie się deską, czy zwierzęciem. Efekt placebo. Nawet jeśli podamy komuś sztuczny lek, albo po prostu witaminę C, jest on w stanie ozdrowieć…
Oto jak potężna jest wiara. Oto jak potężny jest nasz umysł…
Nie chodzi o wiarę w Boga. Chodzi o wiarę w ogóle.
Człowiek jest w stanie dokonać wszystkiego. Na przykład zbudować maszynę, która zabierze go w kosmos. Jednak najpierw ktoś jako pierwszy w to uwierzył. Słyszałam kiedyś też historię o tym, że sto lat temu ludzie uważali, że nie są już w stanie biegać szybciej. Lekarze i fachowcy stwierdzili, że ludzki organizm ma daną wytrzymałość i możliwości i, że już nie da się po prostu szybciej. Jednak w końcu znalazł się gość, który wierzył, że jest w stanie przebiec dany dystans poniżej minuty. I udało się. I ciągle się udaje. Mimo, że są ustalane rekordy, to ludzie właśnie wciąż i wciąż je pobijają. Czy to kiedyś się zatrzyma? Czy jest jakaś granica? Myślę, że jak długo ludzie będą wierzyli, że są w stanie osiągnąć więcej, tak długo właśnie będą ustalać nowy rekord.
      Przestań wątpić już dziś. Co masz do stracenia? Dlaczego ludzie tak bardzo odsuwają się od tych prostych rzeczy? Dlaczego wmawiają sobie, że na coś nie zasługują? Że nigdy im się nie uda? Że coś jest nie możliwie? Dlaczego sami sobie utrudniamy życie i odcinamy się od szczęścia na które zasługujemy?
      Przecież każdy z nas jest człowiekiem. Rodzimy się jako tabula rasa. Wiem, są pewne czynniki, sprawiające, że jedni mają lepiej, drudzy gorzej. Ale tak naprawdę jesteśmy tacy sami i dane nam są takie same szanse i okazję. To co zrobimy z naszym życiem, to tylko i wyłącznie nasza sprawa. Dlatego czas przestać utrudniać sobie życie. Być swoim wrogiem. Czas uwierzyć. Uwierzyć w siebie, w drugiego człowieka, w dobro. Jeśli w coś wierzysz, w końcu to przyciągniesz, a Twoje życie stanie się takie, jakiego pragniesz.
      Wczoraj przypomniało mi się czasy kiedy byłam mała. Wtedy dużą część mojego życia poświęcałam wyobrażeniom, że jestem w bajce. Byłam księżniczką, albo jakimś zwierzątkiem. I przypomniał mi się ten słodki smak życia wtedy. Chcę żeby moje życie było takie znowu. Chcę widzieć w nim rzeczy, których być może inni już nie widzą. Chcę wierzyć, że życie jest piękne i, że mogę wszystko.
Ty  też możesz. Jesteś cudowny/a i wyjątkowy/a jako człowiek. Nie muszę Cię znać, by to wiedzieć. Ja wierzę w Ciebie, wierzę, że jesteś w stanie osiągnąć swoje cele, spełnić swoje marzenia.
Możesz o wiele więcej.
Uwierz w to i Ty.



Wesołych świąt!
















niedziela, 22 marca 2015

O lęku

     Lęk to hologram.
Ostatnio znalazłam zdjęcie na którym widniał przystanek z plakatem głoszącym "Fear is a Hologram".
Jakie to prawdziwe.
     Na początku, słowem wstępu, chciałabym zaznaczyć, że należy odróżnić lęk od strachu. Strach występuje jako reakcja na konkretną sytuację, kiedy nasze ciało przygotowuje się do ucieczki w odpowiedzi na realne zagrożenie. Jest więc potrzeby, pożądany i często ratuje nam tyłek. Lęk natomiast jest to podobne uczucie z tą różnicą, że nie wywołane przez żadne realne zagrożenie, pojawiające się w naszych głowach bardziej jako przeczucie czegoś złego, co może nastąpić. Może, ale nie musi.
     Kiedy moje życie zaczęło się zmieniać, kiedy postanowiłam zacząć stosować techniki motywacyjne i wkroczyłam, że tak napisze, na ścieżkę samorozwoju, to po jakimś pół roku ostatecznie zrozumiałam, że jednym z moich największych problemów jest lęk. Że pod cienką warstwą tego wszystkiego, co mnie blokowało, dołowało, smuciło, czy zatrzymywało przed nowymi działaniami, kryło się, nie co innego jak właśnie lęk. Bałam się o wszystko. Samotnych powrotów późno w nocy, nowych początków, bałam się o moich bliskich, o to, co sobie ludzie pomyślą. O to, co powiedzą. Czasami totalnie dawałam się temu ponieść i zdarzało mi się płakać, bo nie wiedziałam jak pokierować moim życiem, kim być, bo bałam się, że zmarnuję życie. Bałam się, że zostanę sama, bałam się, że nie podołam. Że będzie bolało. Itd. Itp. 
Jednak w końcu spojrzałam strachowi w jego wielkie oczy. I wiecie co? Okazało się, że nie ma czego się bać. I kiedy raz przekroczyłam tę granicę, staram się już nie wracać. Nawet jeśli czasem się zapomnę, staram się szybko wziąć się garść i przypomnieć sobie o kilku ważnych faktach.
Po pierwsze jeśli przyjrzymy się, czym faktycznie jest lęk… Jest to tylko zjawisko zachodzące w naszym umyśle. Reakcja chemiczna, która wytwarza się w naszym organizmie w odpowiedzi na pewne nasze wyobrażenia sytuacji lub planowanie przyszłości. Po prostu proces i odczucia. Nic prawdziwego. Tam też możemy szybko położyć temu kres.
Po drugie w sytuacji faktycznego zagrożenia, kiedy musimy stawić czoła trudnej sytuacji boimy się tylko przez chwilę. W pierwszej reakcji. Potem nasze ciało zaczyna działać, często na zasadzie odruchu. Nie mamy wtedy czasu na siedzenie i biadolenie, co my też, biedni poczniemy. Nie ma miejsca na lęk. Wręcz przeciwnie, do naszej krwi dostaje się potężna dawka kortyzolu i adrenaliny, które sprawiają, że działamy bez namysłu, zazwyczaj ze 100% skutecznością. Człowiek postawiony w obliczu sytuacji krytycznej jest zdolny do przekraczania swoich własnych granic, potrafiąc podnieść, np. samochód. Wyostrza się refleks i nasze zmysły. Na pewno wiecie o czym mówię. Na pewno uniknęliście kiedyś bolesnej kontuzji, upadku czy wypadku samochodowego, sami do końca nie wiedząc jak. Musimy więc zaufać sobie i naturze.
Po trzecie, jeśli popatrzycie na swoją przeszłość zobaczycie, że już niejednokrotnie musieliście stawić czoła jakiejś trudnej sytuacji. Czy to kłopoty w szkole/pracy, czy zawód miłosny i złamane serce, czy brak pieniędzy. Jednak dzisiaj macie to za sobą, co oznacza, że poradziliście sobie!  Przeżyliście upadki, zdrady, bezsenne noce, przepłakane godziny. Choroby i czyjeś odejście. Przeżyliście, co sprawiło, że dziś jesteście mądrzejsi i twardsi. I co oznacza, że dacie sobie rady w jakiejś innej sytuacji.
Po czwarte. Mówi się, że ludzie zamartwiają się o tysiące rzeczy, z których i tak nawet połowa się nie wydarzyła. Po co robić to na zapas?
Sprawa ostatnia. Polecę trochę w banał, ale takie jest nasze życie. Raz jest dobrze, a potem jest źle. A potem znowu dobrze. Czemu tak jest, to rozkmina na jakieś dłuższe, filozoficzne popołudnie, która i tak zostanie bez odpowiedzi. Fakt jest jednak taki, że te trudne chwile są nieodłączną częścią naszego żywota. Po co więc zadręczać się już dziś w chwilach dobrych, tym, co może pójść nie tak? Zaakceptujmy życie w pełni takie, jakim jest. Skupmy się na tym, co dzieje się teraz i przestańmy roztrząsać i zastanawiać się, co może pójść źle. Przestańmy przygotowywać się na złe chwilę! Wierzę w to, że nasze myśli wysyłają w pewien sposób energię do świata, i że dostajemy tą samą energię z powrotem. Jeśli więc w kółko dręczymy się złymi przeczuciami i zmartwieniami prawdopodobnie w końcu to właśnie dostaniemy. Dlatego tak ważne jest, by karmić się pozytywnymi, radosnymi obrazami.
     Na pewno warto spróbować! Poczuj tę wolność! Odetnij się od tego wyimaginowanego strachu, który tylko hamuje Ciebie i Twój rozwój! Daj ponieść się chwili, swoim pragnieniom, swojej wyobraźni. Tak naprawdę nie masz nic do stracenia. Mamy jedno życie i trzeba korzystać z niego ile wlezie, podejmując jak najwięcej prób! Nawet jeśli raz się pomylisz, raz coś się nie uda… Jutro jest nowy dzień. I będziesz mądrzejszy o tę jedną lekcję. I będziesz mógł znowu spróbować.
     Lek to hologram. Nie istnieje. W momencie kiedy przekroczysz jego granicę, zobaczysz że lęku tam już nie ma.