Nawiązując do
poprzedniego posta i tym samym dotrzymując słowa, dziś będzie o tym jak zrobić
pierwszy krok w stronę najlepszego związku jaki może wam się przydarzyć. Krok w
stronę miłości do samego siebie. Nie jest to opracowanie psychologa, nie jest
to być może pierwszy, a ostatni krok, ale zacznę od niego, ponieważ dobrze mieć
czysta kartę. Dobrze też uświadomić sobie pewną zależność.
Mianowicie chodzi o to, że bardzo wiele
naszych zachowań, wiele naszych reakcji, wiele naszych myśli to owoc naszej
przeszłości. To wynik tego w jakim środowisku i wśród jakich ludzi
dorastaliśmy. Nie jest to odkrycie, jednak wydaje mi się, że wiele naszych małych,
zwykłych problemów, lęków i myśli ma swój początek gdzieś w naszej młodości,
z czego nie zdajemy sobie sprawy. Zazwyczaj poszukiwania problemów w
dzieciństwie kojarzą się z jakimiś traumami lub skrajnymi przypadkami przemocy.
Jednak wszystko wskazuje na to, że czasami brak przytulenia, za mało dobrych,
wspierających słów, czy brak zrozumienia także może rzutować na życie dorosłego
człowieka. Jako dziecko jesteśmy przyuczani do spełniania oczekiwań dorosłych.
Zawsze powinniśmy być grzeczni, ładni, uśmiechnięci. Potem w szkole uczą nas
byśmy byli tacy sami, jak wszyscy. Jednak, nie jesteśmy. Już na poziomie
dzieciaka jesteśmy indywidualną jednostką i oczekiwanie, że dzieciak się
dostosuje zabija jego potencjał, kreatywność oraz osobowość. W skrajnych
wypadkach kończy się na poważnych problemach. W mniej skrajnych kończy się na
trudności w zaakceptowaniu siebie, braku wiary, że jesteśmy warci miłości, oraz
na ciągłych próbach zadowolenia wszystkich naokoło. Nie chcę przez to
powiedzieć, że wszystkie nasze problemy to wynik złego wychowania. Nie chcę
nikogo obarczać winą, ani szukać łatwych rozwiązań. Chodzi mi o taką myśl, o
zrozumienie siebie samego: „Acha, ktoś kiedyś mi powtarzał, że nie jestem dość
dobry, by grać piłkę. Ale możliwe, że to nie prawda. Ten ktoś widział tylko
jeden zły mecz. Mogę zacząć trenować i istnieje szansa, że będę w tym naprawde dobry.” Albo fakt, że Twoi rodzice czegoś nie
akceptują, nie oznacza, że nie akceptują Ciebie całkowicie. Lub nie oznacza to
też, że nie znajdzie się człowiek, który zaakceptuje Cię w pełni. Chodzi mi o
to, by zweryfikować pewne swoje zachowania, zrozumieć je i zostawić za sobą.
Aby ta wiedza przyniosła wyzwolenie.
Mojego wywodu na
ten temat dużo dziś nie będzie, będą natomiast dwa ciekawe teksty w tym
temacie. A potem brak zakończenia, by każdy z Was mógł dopisać swoje własne,
albo zostać z tą myślą, albo po prostu olać system.
Pierwszy tekst
jest autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Jest to fragment jednej z książek, który
znalazłam na jej stronie internetowej i pozwolę sobie przekleić tutaj.
Drugi tekst to
wywiad z psychoterapeutą na temat
relacji dorosłego dziecka z rodzicami, wklejam już tylko linka, bo nie chcę
ilością materiału odstraszać świeżych czytelników.
Pozdrawiam!
„Rozdział 11 - Jak kochać siebie
Mam wrażenie, że
w języku polskim też istnieje pewna niezdarność związana z wyjaśnianiem pojęcia
braku poczucia własnej wartości. Słowa „miłość i kochać” po polsku mają
bardzo jednoznaczne zabarwienie. Być może wynika to z tego, że powszechnie, na
co dzień, używa się ich w dość zawężonym kontekście. A może po prostu czasami
człowiek mówi te słowa nie zastanawiając się nad wszystkimi ich znaczeniami i
konsekwencjami. I stąd być może wynikają później nieporozumienia.
Niezależnie więc od tego jak słownikowo jest w języku
polskim tłumaczone słowo „kochać”, chcę niniejszym oświadczyć, że w kontekście
miłości do samego siebie słowo „kocham cię” oznacza:
„lubię cię, chcę się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być
blisko ciebie, chcę ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie
i chcę cię zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych
uczuć, cieszę się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być”.
„Kochać siebie” oznacza być dla siebie największym przyjacielem, traktować się
z dobrocią i przyjaźnią, lubić siebie, mieć dla siebie cierpliwość i
wyrozumiałość, umieć sobie przebaczać, mieć ochotę robić dla siebie coś
dobrego, cieszyć się z tego, że jest się żywym tu i teraz, czuć radość ze
wszystkich dobrych zdarzeń.
Dlaczego to jest trudne i dlaczego nie jest naturalnym stanem każdego
człowieka?
Dlatego że najczęściej w dzieciństwie i w okresie dorastania
człowiek dostaje mnóstwo sprzecznych sygnałów, które powodują kompletny mętlik
w uczuciach. Wyjaśnię to dokładniej później, na razie chcę powiedzieć tylko
tyle, że większość dzieci i młodych ludzi zostaje wytresowana do tego, żeby
spełniać oczekiwania innych ludzi. Nie wolno być sobą, nie wolno okazywać
żadnych silnych emocji. Nawet cieszyć się trzeba niezbyt hałaśliwie. Nie ma
mowy o tym, żeby okazywać złość i bunt, nawet jeśli płoną w tobie jak wielki
ogień.
Wzorem do naśladowania jest Stefan, który dostał piątkę na klasówce. Wiele lat
później ten sam Stefan jeździ SUV-em z napędem na cztery koła i jest znów
uważany za symbol szczęścia i życiowego powodzenia. Zostaliśmy wytresowani,
żeby zwracać uwagę na pozory i traktować je jako wskazówki do własnego
postępowania. Stefan weźmie kredyt, na który go nie stać i ostatkiem sił
finansowych kupi ten duży samochód, bo ma wewnętrzne przekonanie, że jeśli
będzie jeździł dużym samochodem, to będzie miał lepsze mniemanie o samym sobie
i lepsze samopoczucie, bo będzie widział podziw i błysk zazdrości kierowców z
mniejszych aut. Stefan jest przekonany o tym, że poczucie własnej wartości
wypływa z tego, co pomyślą lub powiedzą o nim inni ludzie.
Nie ma pojęcia co on sam o sobie myśli i co czuje. Nie
potrafi nazwać swoich emocji, bo nikt mu nigdy na to nie pozwalał. Wyrósł w
przekonaniu, że to co czujesz, jest nieważne. Trzeba być zawsze miłym,
grzecznym i posłusznym. Trzeba sprawiać przyjemność innym ludziom, a jeśli
dobrze się postarasz, to w nagrodę zostaniesz pochwalony. Jeśli się pomylisz,
będziesz nieuważny albo popełnisz błąd, zostaniesz ukarany.
Taka tresura zostaje w człowieku na długie lata, czasem do
końca życia.
Dorosły człowiek instynktownie jak pies będzie się bał
każdej porażki czy pomyłki. Strach przed potencjalnym popełnieniem błędu i
porażającą oceną „dorosłych” czyli szefa we pracy będzie wywoływał rosnący
stres, który paraliżuje możliwość normalnego funkcjonowania, podejmowania
decyzji i efektywnej pracy. W konsekwencji taki pracownik będzie najmniej
użyteczny i pewnie dostanie wypowiedzenie. Ale najśmieszniejsze w tym jest to,
że nie zostanie zwolniony na skutek realnego braku umiejętności, tylko dlatego,
że emocjonalnie pozostał małym, przestraszonym dzieckiem, które tak bardzo chce
zadowolić swoich „rodziców”, że strach przed ich niezadowoleniem całkowicie go
paraliżuje.
Następne zgubne i
paraliżujące przekonanie wynikające z tresury w dzieciństwie brzmi: musisz być
grzeczny i posłuszny, wtedy będziemy cię kochać. Wyprowadzasz się z domu
zabierając ze sobą przekonanie, że musisz się bardzo, bardzo starać, żeby ktoś
kiedykolwiek mógł cię pokochać. Pragniesz być kochany, ale jednocześnie wiesz,
że to jest praktycznie prawie niemożliwe. Bo jeśli nawet ktoś cię pokocha, to
pewnie porzuci ciebie i przestanie cię kochać kiedy odkryje, że w gruncie
rzeczy wcale nie zawsze jesteś grzeczny i posłuszny. Rośnie więc w tobie
pomieszanie dzikiej nadziei, potrzeby miłości i potwornego strachu, co w
konsekwencji wywołuje ataki zazdrości, irracjonalnego gniewu i straszną,
przesiąkającą wszystko podejrzliwość. I najczęściej sam niszczysz związek, w
którym mógłbyś być szczęśliwy. Związek rozpada się nie dlatego, że obiektywnie
nie można cię kochać, tylko dlatego, że twój strach przed porzuceniem i
utraceniem miłości działa destrukcyjnie i na ciebie, i na człowieka, którego
kochasz.
Wrócę do tego później. Teraz chcę powiedzieć tyle, że w dzieciństwie często
uczy się nas ukrywania prawdziwych uczuć i udawania kogoś, kim naprawdę nie
jesteśmy i nie chcielibyśmy być.
W konsekwencji takiej emocjonalnej tresury człowiek:
a) nabiera przekonania, że jego wartość zależy od opinii
innych ludzi,
b) uważa, że musi się bardzo starać, żeby zaspokoić ich oczekiwania i zasłużyć
na pochwałę i akceptację,
c) koncentruje się na wypełnianiu oczekiwań innych ludzi, zapominając o tym, że
ma też własne potrzeby i pragnienia,
d) uczy się ukrywać swoje prawdziwe uczucia, a po pewnym czasie nie jest w
stanie rozpoznać jakie są jego prawdziwe, własne emocje,
e) sądzi, że nie zasługuje na miłość, więc musi się bardzo starać, żeby ktoś
zechciał go pokochać,
f) traktuje siebie niezwykle surowo, nie dając sobie prawa do popełnienia
żadnego błędu,
g) nienawidzi tego, że musi ciągle starać się zadowalać wszystkich dookoła, nie
dostając od nich w zamian tego, czego oczekuje.
Taki sposób myślenia to prosta droga do zagubienia samego siebie wśród szeregów
obcych ludzi, nieustannie żądających uwagi, pomocy, efektów w pracy i dowodów
troski.
Ale tak naprawdę oni niczego nie żądają. To w twojej głowie
jest zakodowany odruch zgadywania czego chcą i w jaki sposób mógłbyś ich
zadowolić, przez co być może dostaniesz okruch czyjejś akceptacji, miłości i
uwagi.
I stąd się właśnie bierze brak poczucia własnej wartości,
który jest niczym innym jak skierowaniem całej uwagi na zewnątrz, z
jednoczesnym ignorowaniem samego siebie.
To właśnie miałam na myśli pisząc o braku kontaktu z twoim
prawdziwym „ja”. Bo twoje prawdziwe „ja” jest tą niewinną, dobrą, ufną i ciepłą
istotą, którą byłeś zanim zostałeś wytresowany.
A teraz najlepsza
wiadomość świata:
Twoje prawdziwe „ja” zawsze pozostało sobą. Tresura
sprawiała, że było jedynie spychane do najgłębszych piwnic twojego jestestwa.
Zostało przysypane pyłem poczucia winy, oblane smołą pogardy i emocjonalnej
przemocy, schowało się więc tak głęboko w tobie, że sam straciłeś świadomość
tego, że ono tam jest.
Żeby odzyskać poczucie własnej wartości, wystarczy sięgnąć w
głąb siebie i je odnaleźć „Wystarczy” brzmi jak coś łatwego, ale w
rzeczywistości czasem konieczne są do tego tygodnie terapii, bo człowiek tak
potrafi się zagubić w okłamywaniu samego siebie, że bez pomocy terapeuty nie
umie się zorientować, co jest prawdziwe, a co nie.
I wracając do tego, o czym pisałam wcześniej, czyli do tego,
że ludzie cierpiący na brak poczucia własnej wartości łatwo wpadają w różne
uzależnienia – od alkoholizmu i narkomanii, po uzależnienie od seksu, Internetu
czy zakupów – sednem ich leczenia jest dokładnie to samo, czyli pomoc w
dotarciu do ich własnych, prawdziwych uczuć i emocji, czyli odzyskanie swojego,
prawdziwego „ja”.
Reasumując: brak poczucia własnej wartości to zatracenie umiejętności
odczytywania własnych uczuć, potrzeb i emocji, poprzez skoncentrowanie się na
tym czego pragną i potrzebują inni ludzie.
Jest to stan całkowicie odwracalny i możliwy do naprawienia.
Wystarczy odnaleźć swoje prawdziwe „ja” i znów nauczyć się
sobą cieszyć. Wtedy kiedy spojrzysz w lustro i zobaczysz w nim siebie,
pomyślisz: kocham cię, i niezależnie od tego jak niezdarny bywa język polski,
będziesz miał wtedy na myśli to, że:
- Lubię cię, chcę
się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być blisko ciebie, chcę
ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie i chcę cię
zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych uczuć, cieszę
się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być. “
Fragment książki "W dżungli samotności", wyd. Latarnik, maj
2010
Wysokie Obcasy:
Dlaczego dorosłe dzieci zrywają więzy z rodzicami? Wywiad: