piątek, 26 grudnia 2014

Tu i Teraz

     Potęga medytacji polega na jej prostocie. Siedzisz, oddychasz i starasz się trwać w obecnej chwili. Starasz się przyglądnąć swoim emocjom, myślom. Jednak przede wszystkim uczy Cię bycia tu i teraz. Wydaje się banalne, prawda?
Nie jest to jednak takie proste.
     Kiedyś spotkałam się z pewną myślą, która głosiła, że jeśli jesteś zdołowany, to znaczy, że żyjesz przeszłością, jeśli jesteś zatroskany, to znaczy, że żyjesz przyszłością, jeśli jesteś spokojny, oznacza, że żyjesz teraz. Początkowo nie pojęłam potęgi tych słów. Myślałam, że są one rozwiązaniem zagadki dlaczego nie jestem szczęśliwa. Bo żyję w przeszłości, martwię się tym, co minęło. Jednak dopiero niedawno pojęłam, że przekazem tej myśli miało być – żyj teraz.
Dopiero medytacja uświadomiła mi, jak rzadko faktycznie żyję w teraźniejszości. Zazwyczaj spędzając dowolnie dzień oddaje się różnym myślom. Właściwie, przyznam się szczerze, z trudem przychodzi mi zatrzymanie tych myśli. Odkąd się im przyglądam okazało się, że w mojej głowie przeprowadzam tysiące rozmów z różnymi ludźmi, odnawiam dawne sytuacje i dopisuje różne zakończenia, wspominam, a także wybiegam w przyszłość, tę bliską- jakie zakupy, co będę robić po powrocie do domu, a także tą odległą- czy będzie padać w święta, gdzie na wakacje, a co jak wybuchnie wojna? Jestem pewna, że nie jestem w tej praktyce odosobniona. W ten sposób mijają dni, godziny i chwilę. Mijają, ale nas.
     Za mało uwagi poświęcamy chwili obecnej. Stąd rodzi się wiele naszych problemów, złe samopoczucie, zmartwienia. Często są to rzeczy, które dzieją się tylko i wyłącznie w naszej głowie, co więcej, tak naprawdę nigdy nie wykraczają poza świat naszej wyobraźni. Rozwiązanie jest jednak proste. Skup się na chwili obecnej. Porzuć pisanie scenariuszy lub zakończeń. Ważne jest tu i teraz,
Jedyne, co mamy to chwila obecna. Przeszłość i przyszłość to tylko swego rodzaju iluzja. To jakby umowa między ludźmi. Jeśli  przyjrzycie się tej myśli bliżej- te czasy nie istnieją. Jedyne co istnieje to teraźniejszość. Tworzona na nowo z każda chwilą. Spróbuj ją faktycznie poczuć. Przyglądnij się miejscu w którym jesteś, poczuj zapachy, które unoszą się w powietrzu, popatrz na twarze ludzi. Poświęć uwagę temu, co w tym momencie robisz. Kiedy skupisz się na teraźniejszości uwolnisz się od przeszłości i przyszłości. Poczujesz się wolny i lekki. I będziesz naprawdę żył.
     Aby przywołać się do chwili obecnej pomocne są dwa ćwiczenia. Pierwsze z nich to obserwacja swoich myśli. Kiedy zaczynasz fantazjować o przyszłości lub rozdrapywać  przeszłość nadejdzie moment refleksji. Poddaj się mu. Poobserwuj te myśli i zauważ, że to przeszłość lub przyszłość, którą Twój umysł przywołuje. Ale której nie ma. W ten sposób powrócisz uwagą do obecnej chwili. Skup się na niej jak najdłużej potrafisz.
     Drugim ćwiczeniem jest ćwiczenie oddechowe. Baza medytacji. W ciągu dnia wystarczy wziąć kilka głębokich oddechów, skupiając swoją uwagę tylko na nich. Na powietrzu, które przechodzi przez Twój nos, buzię, tchawicę, wypełnia płuca i wraca tą samą drogą. Staraj się skupić tylko na oddechu i na wszystkim, co z nim związane. To zakotwiczy Cię w obecnej chwili. 
Jeśli masz więcej czasu możesz rozpocząć własną medytację. Znajdź ciche i spokoje miejsce, z dala od czynników, które mogłyby Cię rozpraszać, jak telefon czy telewizor. Nie potrzebujesz żadnych przygotowań, ani specjalnych przyrządów czy ubioru. Usiądź wygodnie po turecku, najlepiej na kilku poduszkach lub czymś, co będzie stanowiło lekkie podniesienie dla Twojej pupy. Miejsce jest dowolne, może być to mata, dywan, podłoga albo łóżko. Ręce połóż na kolana, wyprostuj się, przybierz wygodną postawę, zachowując wyprostowane ciało. A teraz zamknij oczy, weź kilka głębokich oddechów i postaraj się zrelaksować. Powróć do normalnego oddechu i niech Twoja uwaga skupia się tylko i wyłącznie na nim. Podobnie jak opisałam powyżej. Jeśli wybiegniesz gdzieś myślami, nic się nie przejmuj, nie osądzaj, nie martw, nie oskarżaj. Po prostu zacznij od nowa. Jeśli msz trudności, możesz po ciuchu w głowie powtarzać sobie wdech i wydech, wdech i wydech. Jeśli odbiegniesz znowu myślami, nie reaguj, popatrz na tę myśl, zauważ ją, ale pamiętaj, że nie jest ona oddechem. Powróć więc do oddechu i zacznij od nowa. Twoja uwaga ma być skupiona w miarę możliwości tylko na nim. Poczuj jak wypełnia Twoje ciało, poczuj jak rozszerzaja się płuca. Poczuj jak uchodzi ono z Ciebie, To tyle na początek. Na medytację poświęć od 10 do 20 minut. Może się to wydawać na początku dziwne, jednak w miarę praktyki poczujesz się lepiej. Po prostu lepiej. Jeśli ktoś chciałby zagłębiać techniki medytacji polecam świetną książkę dla początkujących:  Sharon Salzberg "Siła medytacji. 28 dni do szczęścia."

Jeśli kogoś zafascynuje potęga teraźniejszości polecam książkę o takim właśnie tytule autorstwa Eckhart’a Tolle. 











poniedziałek, 15 grudnia 2014

Przeszłość

     Nawiązując do poprzedniego posta i tym samym dotrzymując słowa, dziś będzie o tym jak zrobić pierwszy krok w stronę najlepszego związku jaki może wam się przydarzyć. Krok w stronę miłości do samego siebie. Nie jest to opracowanie psychologa, nie jest to być może pierwszy, a ostatni krok, ale zacznę od niego, ponieważ dobrze mieć czysta kartę. Dobrze też uświadomić sobie pewną zależność.
     Mianowicie chodzi o to, że bardzo wiele naszych zachowań, wiele naszych reakcji, wiele naszych myśli to owoc naszej przeszłości. To wynik tego w jakim środowisku i wśród jakich ludzi dorastaliśmy. Nie jest to odkrycie, jednak wydaje mi się, że wiele naszych małych, zwykłych problemów, lęków i myśli ma swój początek gdzieś w naszej młodości, z czego nie zdajemy sobie sprawy. Zazwyczaj poszukiwania problemów w dzieciństwie kojarzą się z jakimiś traumami lub skrajnymi przypadkami przemocy. Jednak wszystko wskazuje na to, że czasami brak przytulenia, za mało dobrych, wspierających słów, czy brak zrozumienia także może rzutować na życie dorosłego człowieka. Jako dziecko jesteśmy przyuczani do spełniania oczekiwań dorosłych. Zawsze powinniśmy być grzeczni, ładni, uśmiechnięci. Potem w szkole uczą nas byśmy byli tacy sami, jak wszyscy. Jednak, nie jesteśmy. Już na poziomie dzieciaka jesteśmy indywidualną jednostką i oczekiwanie, że dzieciak się dostosuje zabija jego potencjał, kreatywność oraz osobowość. W skrajnych wypadkach kończy się na poważnych problemach. W mniej skrajnych kończy się na trudności w zaakceptowaniu siebie, braku wiary, że jesteśmy warci miłości, oraz na ciągłych próbach zadowolenia wszystkich naokoło. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie nasze problemy to wynik złego wychowania. Nie chcę nikogo obarczać winą, ani szukać łatwych rozwiązań. Chodzi mi o taką myśl, o zrozumienie siebie samego: „Acha, ktoś kiedyś mi powtarzał, że nie jestem dość dobry, by grać piłkę. Ale możliwe, że to nie prawda. Ten ktoś widział tylko jeden zły mecz. Mogę zacząć trenować i istnieje szansa, że będę w tym naprawde dobry.” Albo fakt, że Twoi rodzice czegoś nie akceptują, nie oznacza, że nie akceptują Ciebie całkowicie. Lub nie oznacza to też, że nie znajdzie się człowiek, który zaakceptuje Cię w pełni. Chodzi mi o to, by zweryfikować pewne swoje zachowania, zrozumieć je i zostawić za sobą. Aby ta wiedza przyniosła wyzwolenie.
Mojego wywodu na ten temat dużo dziś nie będzie, będą natomiast dwa ciekawe teksty w tym temacie. A potem brak zakończenia, by każdy z Was mógł dopisać swoje własne, albo zostać z tą myślą, albo po prostu olać system.
     Pierwszy tekst jest autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Jest to fragment jednej z książek, który znalazłam na jej stronie internetowej i pozwolę sobie przekleić tutaj.
Drugi tekst to wywiad  z psychoterapeutą na temat relacji dorosłego dziecka z rodzicami, wklejam już tylko linka, bo nie chcę ilością materiału odstraszać świeżych czytelników.
Pozdrawiam!

„Rozdział 11 - Jak kochać siebie

Mam wrażenie, że w języku polskim też istnieje pewna niezdarność związana z wyjaśnianiem pojęcia braku poczucia własnej wartości. Słowa „miłość i kochać” po polsku mają bardzo jednoznaczne zabarwienie. Być może wynika to z tego, że powszechnie, na co dzień, używa się ich w dość zawężonym kontekście. A może po prostu czasami człowiek mówi te słowa nie zastanawiając się nad wszystkimi ich znaczeniami i konsekwencjami. I stąd być może wynikają później nieporozumienia.
Niezależnie więc od tego jak słownikowo jest w języku polskim tłumaczone słowo „kochać”, chcę niniejszym oświadczyć, że w kontekście miłości do samego siebie słowo „kocham cię” oznacza:
„lubię cię, chcę się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być blisko ciebie, chcę ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie i chcę cię zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych uczuć, cieszę się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być”.

„Kochać siebie” oznacza być dla siebie największym przyjacielem, traktować się z dobrocią i przyjaźnią, lubić siebie, mieć dla siebie cierpliwość i wyrozumiałość, umieć sobie przebaczać, mieć ochotę robić dla siebie coś dobrego, cieszyć się z tego, że jest się żywym tu i teraz, czuć radość ze wszystkich dobrych zdarzeń.

Dlaczego to jest trudne i dlaczego nie jest naturalnym stanem każdego człowieka?
Dlatego że najczęściej w dzieciństwie i w okresie dorastania człowiek dostaje mnóstwo sprzecznych sygnałów, które powodują kompletny mętlik w uczuciach. Wyjaśnię to dokładniej później, na razie chcę powiedzieć tylko tyle, że większość dzieci i młodych ludzi zostaje wytresowana do tego, żeby spełniać oczekiwania innych ludzi. Nie wolno być sobą, nie wolno okazywać żadnych silnych emocji. Nawet cieszyć się trzeba niezbyt hałaśliwie. Nie ma mowy o tym, żeby okazywać złość i bunt, nawet jeśli płoną w tobie jak wielki ogień.

Wzorem do naśladowania jest Stefan, który dostał piątkę na klasówce. Wiele lat później ten sam Stefan jeździ SUV-em z napędem na cztery koła i jest znów uważany za symbol szczęścia i życiowego powodzenia. Zostaliśmy wytresowani, żeby zwracać uwagę na pozory i traktować je jako wskazówki do własnego postępowania. Stefan weźmie kredyt, na który go nie stać i ostatkiem sił finansowych kupi ten duży samochód, bo ma wewnętrzne przekonanie, że jeśli będzie jeździł dużym samochodem, to będzie miał lepsze mniemanie o samym sobie i lepsze samopoczucie, bo będzie widział podziw i błysk zazdrości kierowców z mniejszych aut. Stefan jest przekonany o tym, że poczucie własnej wartości wypływa z tego, co pomyślą lub powiedzą o nim inni ludzie.
Nie ma pojęcia co on sam o sobie myśli i co czuje. Nie potrafi nazwać swoich emocji, bo nikt mu nigdy na to nie pozwalał. Wyrósł w przekonaniu, że to co czujesz, jest nieważne. Trzeba być zawsze miłym, grzecznym i posłusznym. Trzeba sprawiać przyjemność innym ludziom, a jeśli dobrze się postarasz, to w nagrodę zostaniesz pochwalony. Jeśli się pomylisz, będziesz nieuważny albo popełnisz błąd, zostaniesz ukarany.
Taka tresura zostaje w człowieku na długie lata, czasem do końca życia.
Dorosły człowiek instynktownie jak pies będzie się bał każdej porażki czy pomyłki. Strach przed potencjalnym popełnieniem błędu i porażającą oceną „dorosłych” czyli szefa we pracy będzie wywoływał rosnący stres, który paraliżuje możliwość normalnego funkcjonowania, podejmowania decyzji i efektywnej pracy. W konsekwencji taki pracownik będzie najmniej użyteczny i pewnie dostanie wypowiedzenie. Ale najśmieszniejsze w tym jest to, że nie zostanie zwolniony na skutek realnego braku umiejętności, tylko dlatego, że emocjonalnie pozostał małym, przestraszonym dzieckiem, które tak bardzo chce zadowolić swoich „rodziców”, że strach przed ich niezadowoleniem całkowicie go paraliżuje.

Następne zgubne i paraliżujące przekonanie wynikające z tresury w dzieciństwie brzmi: musisz być grzeczny i posłuszny, wtedy będziemy cię kochać. Wyprowadzasz się z domu zabierając ze sobą przekonanie, że musisz się bardzo, bardzo starać, żeby ktoś kiedykolwiek mógł cię pokochać. Pragniesz być kochany, ale jednocześnie wiesz, że to jest praktycznie prawie niemożliwe. Bo jeśli nawet ktoś cię pokocha, to pewnie porzuci ciebie i przestanie cię kochać kiedy odkryje, że w gruncie rzeczy wcale nie zawsze jesteś grzeczny i posłuszny. Rośnie więc w tobie pomieszanie dzikiej nadziei, potrzeby miłości i potwornego strachu, co w konsekwencji wywołuje ataki zazdrości, irracjonalnego gniewu i straszną, przesiąkającą wszystko podejrzliwość. I najczęściej sam niszczysz związek, w którym mógłbyś być szczęśliwy. Związek rozpada się nie dlatego, że obiektywnie nie można cię kochać, tylko dlatego, że twój strach przed porzuceniem i utraceniem miłości działa destrukcyjnie i na ciebie, i na człowieka, którego kochasz.

Wrócę do tego później. Teraz chcę powiedzieć tyle, że w dzieciństwie często uczy się nas ukrywania prawdziwych uczuć i udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy i nie chcielibyśmy być.
W konsekwencji takiej emocjonalnej tresury człowiek:
a) nabiera przekonania, że jego wartość zależy od opinii innych ludzi,
b) uważa, że musi się bardzo starać, żeby zaspokoić ich oczekiwania i zasłużyć na pochwałę i akceptację,
c) koncentruje się na wypełnianiu oczekiwań innych ludzi, zapominając o tym, że ma też własne potrzeby i pragnienia,
d) uczy się ukrywać swoje prawdziwe uczucia, a po pewnym czasie nie jest w stanie rozpoznać jakie są jego prawdziwe, własne emocje,
e) sądzi, że nie zasługuje na miłość, więc musi się bardzo starać, żeby ktoś zechciał go pokochać,
f) traktuje siebie niezwykle surowo, nie dając sobie prawa do popełnienia żadnego błędu,
g) nienawidzi tego, że musi ciągle starać się zadowalać wszystkich dookoła, nie dostając od nich w zamian tego, czego oczekuje.

Taki sposób myślenia to prosta droga do zagubienia samego siebie wśród szeregów obcych ludzi, nieustannie żądających uwagi, pomocy, efektów w pracy i dowodów troski.
Ale tak naprawdę oni niczego nie żądają. To w twojej głowie jest zakodowany odruch zgadywania czego chcą i w jaki sposób mógłbyś ich zadowolić, przez co być może dostaniesz okruch czyjejś akceptacji, miłości i uwagi.
I stąd się właśnie bierze brak poczucia własnej wartości, który jest niczym innym jak skierowaniem całej uwagi na zewnątrz, z jednoczesnym ignorowaniem samego siebie.
To właśnie miałam na myśli pisząc o braku kontaktu z twoim prawdziwym „ja”. Bo twoje prawdziwe „ja” jest tą niewinną, dobrą, ufną i ciepłą istotą, którą byłeś zanim zostałeś wytresowany.

A teraz najlepsza wiadomość świata:
Twoje prawdziwe „ja” zawsze pozostało sobą. Tresura sprawiała, że było jedynie spychane do najgłębszych piwnic twojego jestestwa. Zostało przysypane pyłem poczucia winy, oblane smołą pogardy i emocjonalnej przemocy, schowało się więc tak głęboko w tobie, że sam straciłeś świadomość tego, że ono tam jest.
Żeby odzyskać poczucie własnej wartości, wystarczy sięgnąć w głąb siebie i je odnaleźć „Wystarczy” brzmi jak coś łatwego, ale w rzeczywistości czasem konieczne są do tego tygodnie terapii, bo człowiek tak potrafi się zagubić w okłamywaniu samego siebie, że bez pomocy terapeuty nie umie się zorientować, co jest prawdziwe, a co nie.
I wracając do tego, o czym pisałam wcześniej, czyli do tego, że ludzie cierpiący na brak poczucia własnej wartości łatwo wpadają w różne uzależnienia – od alkoholizmu i narkomanii, po uzależnienie od seksu, Internetu czy zakupów – sednem ich leczenia jest dokładnie to samo, czyli pomoc w dotarciu do ich własnych, prawdziwych uczuć i emocji, czyli odzyskanie swojego, prawdziwego „ja”.

Reasumując: brak poczucia własnej wartości to zatracenie umiejętności odczytywania własnych uczuć, potrzeb i emocji, poprzez skoncentrowanie się na tym czego pragną i potrzebują inni ludzie.
Jest to stan całkowicie odwracalny i możliwy do naprawienia.
Wystarczy odnaleźć swoje prawdziwe „ja” i znów nauczyć się sobą cieszyć. Wtedy kiedy spojrzysz w lustro i zobaczysz w nim siebie, pomyślisz: kocham cię, i niezależnie od tego jak niezdarny bywa język polski, będziesz miał wtedy na myśli to, że:
- Lubię cię, chcę się z tobą przyjaźnić, cenię cię jako człowieka, lubię być blisko ciebie, chcę ci pomagać, chcę się tobą opiekować, mam do ciebie zaufanie i chcę cię zapewnić, że możesz mi też zaufać, mam do ciebie mnóstwo ciepłych uczuć, cieszę się kiedy na ciebie patrzę, bo lubię z tobą być. “

Fragment książki  "W dżungli samotności", wyd. Latarnik, maj 2010


Wysokie Obcasy: Dlaczego dorosłe dzieci zrywają więzy z rodzicami? Wywiad:










piątek, 12 grudnia 2014

Muzyka łączy ludzi!

Filmik, który przywraca wiarę w ludzi. :)

J


Gdyby się nie wyświetlał w Polsce bezpośrednio, bo różnie to już jest, w wyszukiwarce proszę wpisać:
Coyote & Crow at Bedford Ave. Williamsburg NYC 11/2014- "Me & My Uncle" Grateful Dead Cover

Miłego weekendu!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tylko pokochaj siebie!

     Witam wszystkich. Ostatnio moje życie przyspieszyło do prędkości prawie światła. Mam strasznie dużo rzeczy na głowie związanych z awansem, przygotowaniami do ślubu oraz poszukiwaniem mieszkania. Pojawiło się tez kilka problemów, ale jest już dobrze. Mam wrażenie, że znowu jestem posiadaczką mojego życia, znowu dzierżę ster i krzyczę: Ahoj! Mam troszkę planów na przyszłość i mimo wielu zmian, które nadchodzą, uśmiecham się coraz szerzej. W końcu się nie boję i wiem, że przede mną dobre czasy wypełnione pracą, ale taką jaką sama sobie narzucę, zabawą i znowu pracą. Kłopoty są już za mną, a nawet jeśli znowu nadejdą, nie martwię się, bo wiem, że sobie poradzę. Skąd ta pewność, zapytacie?
     Otóż w ciągu ostatniego roku zrozumiałam jedną niezwykłą prawdę. Im lepiej czuję się sama ze sobą, tym lepiej wiedzie mi się w życiu. Jest to dla mnie niesamowite, ale jeśli jestem pogodzona sama ze sobą, to po prostu to widać, a moje życie jest lepsze i przyjemniejsze. Ponieważ mam porównanie naprawdę dwóch skrajnych biegunów, mogę Wam z ręką na sercu napisać, że jeśli siebie kochasz i akceptujesz, wysyłasz pewien wyjątkowy rodzaj energii, który ludzie i prawdopodobnie reszta świata, po prostu czują. Ze swojej strony mogę podać przykład trywialny - wygląd. Nie wiem, czy to moje oczy, czy wyprostowana bardziej sylwetka, czy uśmiech w kącikach ust, czy może po prostu sposób w jaki chodzę, ale co bym nie miała na sobie, ludzie prawią mi wtedy komplementy. Nie żebym tego oczekiwała, wprost przeciwnie na początku byłam tym bardzo zaskoczona. Również nie zaczęłam bardziej o siebie dbać, może trochę więcej ćwiczyłam. Jednak jestem pewna, że to fakt, iż sama ze sobą czułam się dobrze, tak pozytywnie wpłynął na mój wygląd. Kiedy jestem sama dla siebie kumpelą, wszystko jest łatwiejsze. Jestem uśmiechnięta, lepiej rozmawia mi się z ludźmi, mam ochotę na nowe wyzwania, łatwiej przyjmuję porażki czy znoszę problemy. Analizując to, co przeczytałam i przeżyłam w ciągu ostatniego roku jestem gotowa wysnuć wniosek, że właściwie samoakceptacja i pokochanie siebie to podstawa, aby dobrze funkcjonować wśród ludzi, stworzyć związek pełen miłości, ale przede wszystkim, aby żyć swoim wymarzonym życiem, walczyć o swoje marzenia i po prostu czuć się szczęśliwym. Mam wrażenie, że bardzo wiele naszych problemów i cierpień związanych jest właśnie z tym, że gdzieś wewnątrz nie jesteśmy sami ze sobą pogodzeni i nie umiemy siebie pokochać. Szukamy wtedy szczęścia na zewnątrz, w przyjemnościach czy u innych ludzi. Jest to jednak zły kierunek, bo prawdziwą miłość, tę która najbardziej potrzebujemy tylko my sami możemy sobie dać. Tak samo jest ze szczęściem. Choćbyśmy mieli to, o czym śpiewa Masłowska, czyli bułki z hajsem, oraz setki ludzi dookoła, jeśli sami siebie nie umiemy pokochać, wciąż będziemy czuli niedosyt oraz potrzebę akceptacji ze strony innych, wciąż będzie nam czegoś brakowało. Czas więc zrobić pierwszy krok w kierunku spełnienia i zawrzeć pokój ze sobą. Jest tylko jeden warunek. Chodzi o miłość, a nie przerost ego. Chodzi o miłość zdrową, kiedy kochasz i szanujesz samego siebie, kiedy dbasz o swoje ciało i umysł, kiedy dajesz sobie i innym ludziom takie samo prawo do szczęścia i miłości. Chodzi o taką miłość jakbyś sam dla siebie był dzieckiem. Wydaję mi się również, że tak naprawdę nie ma innej drogi do szczęścia czy spełnienia, jak poznać siebie, zaakceptować i podążać tylko za głosem swojego serca, tak by Twoja osobowość mogła się w pełni przejawić. Chodzi mi o to, że wiele ludzi ma co do naszej osoby wiele oczekiwań. Przez całe nasze życie. Ja na przykład często spotykałam się z krytyką, ponieważ lubię ubierać się na czarno i lubię tatuaże, lubię postawić na swoim i mam parę swoich małych dziwactw, jak np. ogromna wrażliwość (czasami nawet reklamy doprowadzają mnie do łez). Jednak będąc tutaj w Londynie, pojęłam, że tylko będąc sobą, robiąc jeszcze więcej tatuaży i podążając za moim wewnętrznym głosem będę szczęśliwa i będę miała możliwość cokolwiek osiągnąć. Nie ma sensu udawać przed ludźmi, a już na pewno przed samym sobą. To tak jakby taki coming out, tylko nas samych, dla naszych prawdziwych JA. Wewnątrz nas jest piękno i prawo do szczęścia, musimy się więc ze sobą pogodzić i pozwolić sobie na podążanie za tym wewnętrznym głosem i na pełne przejawienie się naszej osoby. W ten sposób osiągniemy szczęście. W końcu to ze sobą spędzimy całe życie, czas więc zostać swoim przyjacielem, zamiast wrogiem. 
      Piszę te słowa, ponieważ mam wrażenie, że żyjemy w bardzo chaotycznym świecie, który skutecznie zagłusza nasze pragnienia i uczy nas mysleć jednakowo, według banalnego szablonu. Pobłaża egocentrycznym i łatwym zachowaniom, wpaja ideał wyglądu, który tak naprawde nie jest realny, w zamian oferując pustą i tanią rozrywkę. A ja tak bardzo kocham ludzi, którzy sa dziwni, inni, oryginalni, którzy mają odwagę głośno mówić światu: Wiem kim jestem i nie boję się tego! Którzy dobrze czuja się ze sobą, przez co i inni dobrze czują się wśród nich. Kocham ludzi, którzy kochają siebie!
     Znalezienie akceptacji i miłości do siebie czasami wiąże się z procesem i przemianą. Z porzuceniem starych schematów i nawyków. Zdarza się, że jest to bardzo trudne. Ponieważ sama bardzo długo walczyłam ze sobą, próba samoakceptacji to temat bardzo bliski mojemu sercu. Wiem, że nie ma gotowego przepisu, często dochodzi się do tego metodą prób i błędów, będąc ze sobą po prostu szczerym i poszukając. Jedno wiem na pewno, warto. Przechodząc przez ten proces, czytając różne ksiązki i artykuły na ten temat wyszczególniłam sobie kilka punktów, które miały mi pomóc w pokochaniu siebie. Poniżej możecie je znaleźć, a w najbliższym czasie kilku z nich poświęcę trochę więcej miejsca na blogu. Tymczasem zostawiam Was dzisiaj z tym, czego się nauczyłam.

Jak pokochać siebie?

  1. Wybacz. Rodzicom. Rodzeństwu. Bliskim, którzy zawiedli. Przyjaciołom, którzy odeszli. Ludziom, którzy Cię zranili. Sobie samemu. Tym samym zostaw przeszłość za sobą.

  1. Daj sobie prawo do błędu, pomyłki czy porażki. Ale nie poddawaj się. W ten sposób się uczysz.

  1. Jedyną chwilą kiedy możesz być szczęśliwy to tu i teraz. Zacznij być świadomy teraźniejszości, jak najczęściej.

  1. Weź odpowiedzialność za swoje własne życie.

  1. Zdaj sobie sprawę ze swoich zalet.

  1.  Zdaj sobie sprawę ze swojej oryginalności.

  1. Stań twarzą w twarz ze swoimi wadami. Jeśli jest coś, co faktycznie cię denerwuje, zmień to. Wybierz jedną rzecz. Pracuj nad sobą.

  1. Zmień stare nawyki myślowe, zacznij kontrolować to, co myślisz i mówisz na własny temat. Zamiast słów: „powinnam”, „muszę” powiedz: „mogę”, „chcę”, „postanawiam”.

  1. Wyłącz głos wewnętrznego krytyka.

  2. Nie zadręczaj się strasznymi scenariuszami, nie oczekuj najgorszego. Jeżeli zaczną cię nawiedzać złe przeczucia,skieruj myśl na coś miłego.

  3. Tylko Ty możesz pokochać siebie. Nie oczekuj tego od innych.

  1. Bądź sobą, nie patrz na innych. Nie porównuj się do nikogo, ani do lepszych, ani do gorszych.

  1. Rób, co umiesz najlepiej na miarę swoich możliwości.

  1.  Pozwól sobie na trochę ekscentryczności.

  1. Naucz się radzić sobie z krytyką i odrzuceniem.

  1. Zacznij każdy dzień od spojrzenia w lustro, uśmiechu i kilku dobrych słów do siebie.

  1. Doceniaj ludzi, którzy są dla Ciebie dobrzy, mów przyjaciołom, że są dla Ciebie ważni. Pomagaj tym, którzy są od Ciebie słabsi.