niedziela, 2 listopada 2014

Dziwne przypadki Cathazyny D.

     Dziś będzie o dziwnych przypadkach ostatnich dni. Zazwyczaj staram się pisać o czymś, czego się nauczyłam, czy o czymś, co przeczytałam i poprzeć to moim doświadczeniem. Jednak ostatnio mam strasznie zakręcony czas i chcę się tym z Wami podzielić. Bez zbędnych wstępów przenieśmy się zatem do czwartkowego wieczoru, kiedy to wraz z moim chłopakiem zamieszkaliśmy na Leyton, w mieszkaniu naszych ukochanych przyjaciół. By sprawować nad nim (mieszkaniem) pieczę, dokarmiać czarną kotkę i zażywać kąpieli w wannie, kiedy to oni będą podbijać Amsterdam. Nasi znajomy to najcudowniejsi ludzie pod słońcem i zostawili nam w podzięce za możliwość mieszkania w ich wspaniałym mieszkaniu 2 butelki wina. Którymi to wznieśliśmy toast za ich zdrowie jeszcze tego samego wieczora. Parę godzin później trzeba było się zbierać do snu, bo ja przecież jutro do pracy musze wstać rano, a że mieszkamy dalej od naszego domu, musze też wcześniej wstać. Z mojego stałego miejsca zamieszkania, by zdążyć do mojej pracy muszę wyjść około 6:20 (ważny detal- zaczynam o 7). Aby wszystko było git majonez postanawiam ustawić budzik na 4:45. Kurtyna spada, idziemy spać. Rano, pierwszy budzik, daje sobie jeszcze chwileczkę i po pięciu minutach – ogień, szybko wszystko, pełen chaos, decyduję, że pomaluję się w pracy, także tylko szybki prysznic, kawa, poszukiwanie moich rzeczy. Patrzę na zegarek, a tu już 20 po!!! Więc jak szalona porywam rower, wskakuję i w myślach tylko jedno: „Boże, żebym się nie spóźniła!”. Jadę więc na łeb, na szyję. Pędzę niczym wiatr. Ścigam się sama ze sobą, z czasem i z autobusem 158. Jedyne, co mnie dziwi, że strasznie szybko po tej zmianie czasu znowu zrobiło się ciemno. Ale kto ma w tym momencie czas na kontemplację natury? Na pewno nie ja. W końcu wypadam zza zakrętu, podjeżdżam do parkingu dla rowerów, jestem na Wood Green'ie. Patrzę na zegarek – zostało mi pięć minut. Alleluja! – zdążę. Truchcikiem więc podbiegam pod wejście, patrzę a tam pod schodami wrzosy! Myślę sobie, odbiję kartę, wezmę sobie od razu przerwę, żeby się pomalować i wrócę po te kwiatki, jeśli, oczywiście jeszcze tam będą… Podchodzę pod drzwi, wpisuję kod, naciskam klamkę… Zamknięte. Dosyć dziwne, bo zazwyczaj o tej porze jest tu pełno ludzi, jeśli drzwi są zamknięte. A jeśli ludzi nie ma, to powinni być w środku. A jeśli są w środku, to drzwi powinny być otwarte…. Wait a minute… Patrzę na telefon… a tam… 6 rano. 6 rano. 6. Przypomnę, zaczynam o 7. Jak to się stało? Nie wiem. Jedyne, co mnie usprawiedliwia, to fakt, że zegarki w kuchni znajomych zostały jeszcze w starej strefie czasowej. Ale… Najważniejsze jest to, jak zareagowałam! Cała nauka, medytacja, podstawy pozytywnego myślenia nie poszły w las! Przede wszystkim nie wkurzyłam się, tylko zaczęłam się śmiać! Pomyślałam o tym, że najważniejsze, że się nie spóźniłam. A potem przyszła mi jeszcze taka przewrotna myśl do głowy, że może tak miało być. Że może by mi się coś stało gdybym jechała o zwykłej porze… Takie tam, fatalistyczne wizje. Koniec końców zgarnęłam te śliczne wrzosy i poszłam na śniadanie. Po godzinie wróciłam, opowiedziałam wszystkim moją przygodę, pośmialiśmy się i zaczęliśmy pracę. A jedna z moich koleżanek przyniosła informację, że na drodze, którą jeżdżę do pracy był wypadek. I ktoś umarł. Przypadek? I don’t think so.
Ale to nie koniec.:)
Tego samego dnia, wieczorem wybraliśmy się na bardzo przyjemną i huczną imprezę d’n’b, na Brixton. Byłam mocno zmęczona, ale bilety zakupiliśmy parę miesięcy wcześniej, w dodatku było Halloween, więc iść trzeba. Ogólnie cała historia z rana wprawiła mnie w dość dobry humor, byłam z siebie dumna, że udało mi się tak dobrze zareagować na tą przedziwną przygodę i w ogóle postanowiłam się bawić. Jak się okazało zresztą, nie byłam jedyną, którą prześladuje pech. Mojemu kumplowi po drodze do Londynu zepsuło się auto, musiał więc je pozostawić na parkingu i przyjechać pociągiem, co opóźniło trochę nasze wyjście, ale stwierdziliśmy jeszcze raz, że już nie będziemy niczym się przejmować. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że impreza się dopiero rozkręca. Po wstępnym rekonesansie ja i mój facet wbiliśmy się na środek, tuż pod dj’kę, a, że nasi koledzy gdzieś zniknęli postanowiłam im napisać sms-a, że jesteśmy na dole i żeby koniecznie nas znaleźli. Tak też zrobiłam. Po paru minutach Łukasz mówi mi, żebym coś sprawdziła w torebce. Zaglądam. A tam pusto. Nie ma mojego telefonu!!!!!! Aaaaa!!!!!! Wyszliśmy więc z sali, poszliśmy prosto do security zgłosić kradzież. Choć ja już wiedziałam, że jedyne, co mogę zrobić to postawić na mym telefonie krzyżyk. Przeszliśmy przez formalności i poszliśmy na zewnątrz. Nie wiem jak to się stało, ale nasi znajomi też tam byli, także przynajmniej byliśmy razem. I tu się zaczęło. Byłam taka wkurzona. Taka rozżalona. Dlaczego mój telefon? Coś takiego akurat mnie się nie ma prawa zdarzyć, bo zawsze, ale to zawsze mam telefon przy sobie, dobrze schowany. Miałam tam wszystko, zdjęcia do portfolio do pracy, ważne sms-y, obrazki, notatki, no wszystko, co kołacze Ci się po głowie, a chcesz gdzieś to zapisać. Żal. Po prostu żal. I myślę sobie, jak to jest możliwe? Czy nie wystarczy mi jedna przygoda w której miałam dowieść, że jestem w stanie pozytywnie podejść do odmiennych, nowych, negatywnych sytuacji? Czy to nie za dużo przeciwności losu jak na jeden dzień? W dodatku jak to możliwe, wszyscy przychodzą się bawić, słuchać muzyki, dlaczego ktoś kradnie? Wylałam swoje smutki, znajomi mnie pocieszyli, wiec postanowiłam, wbrew mojemu pierwszemu odruchowi, jeszcze zostać. Koniec końców, poszliśmy do środka, ale niesmak pozostał. I trwał jeszcze cały następny dzień. I kawałek niedzieli. Ale w niedzielę… Ponieważ nie miałam ze sobą telefonu, a ja muszę coś czytać, zaczęłam czytać książkę, którą dostałam na urodziny, ale ciągle nie miałam chwili, żeby ją otworzyć. Jej tytuł to „Sztuka minimalizmu”. No więc w czasie, kiedy normalnie przeglądałabym fejsa, albo pinteresta zaczęłam czytać tą fantastyczną lekturę. I wtedy zrozumiałam. To zgubienie telefonu to nie był przypadek. To nie jest kara.  To jest chwila wytchnienia. To jest odpowiedź. (Bo właśnie niedawno myślałam o tym, żeby może skasować fejsa, że należałoby wrócić do częstszego czytania…) To jest szansa.Na uwolnienie się od tego mechanizmu. Na wolność od sięgania do torebki, co chwila, na sprawdzanie co tam słychać, kiedy rozmowa się nie klei. To szansa na prawdziwą konwersację, na poczytanie książki, na spojrzenie osobie, która siedzi obok w oczy…
Pojęłam też, czytając początek książki, że jednym z naszych największych problemów i źródłem wszelakich frustracji jest właśnie chęć posiadania. Posiadania rzeczy, gromadzenia dóbr, przysięganie ludzi, że to na zawsze… Doprowadza to do tego, iż nasze szczęście staje się zależnym od przedmiotów (i czynników zewnętrznych). Od tego czy je mamy. Jednak gdy je mamy, czy jesteśmy szczęśliwi? Czy zaraz potem nie pojawia się nowa chęć, nowa pokusa? U mnie się pojawia.;) Jak to jest, że zgubienie telefonu prawie popsuło mi jedną z najlepszych imprez na jakich byłam? Jednak o tym napisze pewnie po zakończeniu lektury.

Dziś chcę napisać, krótkie podsumowanie. Co nauczyły mnie ostatnie przygody? Że, aby być szczęśliwym trzeba zaufać, że wszystko, co nam się przytrafia, dzieje się z jakiegoś powodu. Nie widzimy go w danym momencie, ale czas kiedyś nam go odsłoni. Nawet jeśli są to rzeczy złe… Zazwyczaj nie mamy na to wpływu. Ale kiedy, później popatrzymy z perspektywy czasu, czy te rzeczy nie zakończyły się czymś dobrym w naszym życiu? Myślę, że dobrze jest nauczyć się trochę stoicyzmu. Dobrze jest nabrać zaufania, że rzeczy dzieją się tak jak powinny. Dobrze mieć w sobie nadzieję i pamiętać, że wszystko w końcu skończy się dobrze. A jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz