Dziś będzie o dziwnych przypadkach
ostatnich dni. Zazwyczaj staram się pisać o czymś, czego się nauczyłam, czy o
czymś, co przeczytałam i poprzeć to moim doświadczeniem. Jednak ostatnio mam
strasznie zakręcony czas i chcę się tym z Wami podzielić. Bez zbędnych wstępów
przenieśmy się zatem do czwartkowego wieczoru, kiedy to wraz z moim chłopakiem
zamieszkaliśmy na Leyton, w mieszkaniu naszych ukochanych przyjaciół. By
sprawować nad nim (mieszkaniem) pieczę, dokarmiać czarną kotkę i zażywać
kąpieli w wannie, kiedy to oni będą podbijać Amsterdam. Nasi znajomy to
najcudowniejsi ludzie pod słońcem i zostawili nam w podzięce za możliwość
mieszkania w ich wspaniałym mieszkaniu 2 butelki wina. Którymi to wznieśliśmy
toast za ich zdrowie jeszcze tego samego wieczora. Parę godzin później trzeba
było się zbierać do snu, bo ja przecież jutro do pracy musze wstać rano, a że
mieszkamy dalej od naszego domu, musze też wcześniej wstać. Z mojego stałego
miejsca zamieszkania, by zdążyć do mojej pracy muszę wyjść około 6:20 (ważny
detal- zaczynam o 7). Aby wszystko było git majonez postanawiam ustawić budzik
na 4:45. Kurtyna spada, idziemy spać. Rano, pierwszy budzik, daje sobie jeszcze
chwileczkę i po pięciu minutach – ogień, szybko wszystko, pełen chaos, decyduję,
że pomaluję się w pracy, także tylko szybki prysznic, kawa, poszukiwanie moich
rzeczy. Patrzę na zegarek, a tu już 20 po!!! Więc jak szalona porywam rower,
wskakuję i w myślach tylko jedno: „Boże, żebym się nie spóźniła!”. Jadę więc na
łeb, na szyję. Pędzę niczym wiatr. Ścigam się sama ze sobą, z czasem i z
autobusem 158. Jedyne, co mnie dziwi, że strasznie szybko po tej zmianie czasu
znowu zrobiło się ciemno. Ale kto ma w tym momencie czas na kontemplację
natury? Na pewno nie ja. W końcu wypadam zza zakrętu, podjeżdżam do parkingu dla rowerów,
jestem na Wood Green'ie. Patrzę na zegarek – zostało mi pięć minut. Alleluja! –
zdążę. Truchcikiem więc podbiegam pod wejście, patrzę a tam pod schodami
wrzosy! Myślę sobie, odbiję kartę, wezmę sobie od razu przerwę, żeby się
pomalować i wrócę po te kwiatki, jeśli, oczywiście jeszcze tam będą… Podchodzę
pod drzwi, wpisuję kod, naciskam klamkę… Zamknięte. Dosyć dziwne, bo zazwyczaj
o tej porze jest tu pełno ludzi, jeśli drzwi są zamknięte. A jeśli ludzi nie
ma, to powinni być w środku. A jeśli są w środku, to drzwi powinny być
otwarte…. Wait a minute… Patrzę na telefon… a tam… 6 rano. 6 rano. 6.
Przypomnę, zaczynam o 7. Jak to się stało? Nie wiem. Jedyne, co mnie
usprawiedliwia, to fakt, że zegarki w kuchni znajomych zostały jeszcze w starej
strefie czasowej. Ale… Najważniejsze jest to, jak zareagowałam! Cała nauka,
medytacja, podstawy pozytywnego myślenia nie poszły w las! Przede wszystkim nie
wkurzyłam się, tylko zaczęłam się śmiać! Pomyślałam o tym, że najważniejsze, że
się nie spóźniłam. A potem przyszła mi jeszcze taka przewrotna myśl do głowy, że może tak miało być. Że może by mi się coś stało gdybym jechała o zwykłej
porze… Takie tam, fatalistyczne wizje. Koniec końców zgarnęłam te śliczne
wrzosy i poszłam na śniadanie. Po godzinie wróciłam, opowiedziałam wszystkim
moją przygodę, pośmialiśmy się i zaczęliśmy pracę. A jedna z moich koleżanek
przyniosła informację, że na drodze, którą jeżdżę do pracy był wypadek. I ktoś
umarł. Przypadek? I don’t think so.
Ale to nie
koniec.:)
Tego samego dnia,
wieczorem wybraliśmy się na bardzo przyjemną i huczną imprezę d’n’b, na
Brixton. Byłam mocno zmęczona, ale bilety zakupiliśmy parę miesięcy wcześniej,
w dodatku było Halloween, więc iść trzeba. Ogólnie cała historia z rana
wprawiła mnie w dość dobry humor, byłam z siebie dumna, że udało mi się tak
dobrze zareagować na tą przedziwną przygodę i w ogóle postanowiłam się bawić. Jak
się okazało zresztą, nie byłam jedyną, którą prześladuje pech. Mojemu kumplowi
po drodze do Londynu zepsuło się auto, musiał więc je pozostawić na parkingu i
przyjechać pociągiem, co opóźniło trochę nasze wyjście, ale stwierdziliśmy jeszcze raz, że już nie będziemy niczym się przejmować. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że
impreza się dopiero rozkręca. Po wstępnym rekonesansie ja i mój facet wbiliśmy
się na środek, tuż pod dj’kę, a, że nasi koledzy gdzieś zniknęli
postanowiłam im napisać sms-a, że jesteśmy na dole i żeby koniecznie nas
znaleźli. Tak też zrobiłam. Po paru minutach Łukasz mówi mi, żebym coś sprawdziła
w torebce. Zaglądam. A tam pusto. Nie ma mojego telefonu!!!!!! Aaaaa!!!!!!
Wyszliśmy więc z sali, poszliśmy prosto do security zgłosić kradzież. Choć ja
już wiedziałam, że jedyne, co mogę zrobić to postawić na mym telefonie krzyżyk.
Przeszliśmy przez formalności i poszliśmy na zewnątrz. Nie wiem jak to się
stało, ale nasi znajomi też tam byli, także przynajmniej byliśmy razem. I tu
się zaczęło. Byłam taka wkurzona. Taka rozżalona. Dlaczego mój telefon? Coś
takiego akurat mnie się nie ma prawa zdarzyć, bo zawsze, ale to zawsze mam telefon przy sobie, dobrze schowany. Miałam tam wszystko, zdjęcia do portfolio do
pracy, ważne sms-y, obrazki, notatki, no wszystko, co kołacze Ci się po głowie,
a chcesz gdzieś to zapisać. Żal. Po prostu żal. I myślę sobie, jak to jest
możliwe? Czy nie wystarczy mi jedna przygoda w której miałam dowieść, że jestem
w stanie pozytywnie podejść do odmiennych, nowych, negatywnych sytuacji? Czy to
nie za dużo przeciwności losu jak na jeden dzień? W dodatku jak to możliwe,
wszyscy przychodzą się bawić, słuchać muzyki, dlaczego ktoś kradnie? Wylałam
swoje smutki, znajomi mnie pocieszyli, wiec postanowiłam, wbrew mojemu
pierwszemu odruchowi, jeszcze zostać. Koniec końców, poszliśmy do
środka, ale niesmak pozostał. I trwał jeszcze cały następny dzień. I kawałek
niedzieli. Ale w niedzielę… Ponieważ nie miałam ze sobą telefonu, a ja muszę
coś czytać, zaczęłam czytać książkę, którą dostałam na urodziny, ale ciągle nie
miałam chwili, żeby ją otworzyć. Jej tytuł to „Sztuka minimalizmu”. No więc w
czasie, kiedy normalnie przeglądałabym fejsa, albo pinteresta zaczęłam czytać
tą fantastyczną lekturę. I wtedy zrozumiałam. To zgubienie telefonu to nie był przypadek.
To nie jest kara. To jest chwila wytchnienia. To jest
odpowiedź. (Bo właśnie niedawno myślałam o tym, żeby może skasować fejsa, że należałoby wrócić do częstszego czytania…) To jest szansa.Na uwolnienie się od tego mechanizmu.
Na wolność od sięgania do torebki, co chwila, na sprawdzanie co tam słychać,
kiedy rozmowa się nie klei. To szansa na prawdziwą konwersację, na poczytanie
książki, na spojrzenie osobie, która siedzi obok w oczy…
Pojęłam też,
czytając początek książki, że jednym z naszych największych problemów i źródłem
wszelakich frustracji jest właśnie chęć posiadania. Posiadania rzeczy,
gromadzenia dóbr, przysięganie ludzi, że to na zawsze… Doprowadza to do tego, iż
nasze szczęście staje się zależnym od przedmiotów (i czynników zewnętrznych). Od tego
czy je mamy. Jednak gdy je mamy, czy jesteśmy szczęśliwi? Czy zaraz potem nie
pojawia się nowa chęć, nowa pokusa? U mnie się pojawia.;) Jak to jest, że
zgubienie telefonu prawie popsuło mi jedną z najlepszych imprez na jakich
byłam? Jednak o tym napisze pewnie po zakończeniu lektury.
Dziś chcę napisać, krótkie podsumowanie. Co nauczyły mnie ostatnie przygody? Że, aby być
szczęśliwym trzeba zaufać, że wszystko, co nam się przytrafia, dzieje się z
jakiegoś powodu. Nie widzimy go w danym momencie, ale czas kiedyś nam go
odsłoni. Nawet jeśli są to rzeczy złe… Zazwyczaj nie mamy na to wpływu. Ale
kiedy, później popatrzymy z perspektywy czasu, czy te rzeczy nie zakończyły się
czymś dobrym w naszym życiu? Myślę, że dobrze jest nauczyć się trochę
stoicyzmu. Dobrze jest nabrać zaufania, że rzeczy dzieją się tak jak powinny.
Dobrze mieć w sobie nadzieję i pamiętać, że wszystko w końcu skończy się
dobrze. A jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz