niedziela, 31 stycznia 2016

Myśli nie do złożenia, czyli być emigrantką.

Do słuchania w trakcie czytania:

     

      Jestem właśnie w Polsce. Tygodniowe wakacje dobiegają końca. Zawsze kłębi się we mnie całe mnóstwo nienazwanych uczuć, kiedy wracam tutaj, a potem znowu do Londynu. To taka dziwna myśl, być emigrantką. Powracam do Krakowa, który jest wciąż taki sam jak go pamiętam. Te same szare poobijane kamienice. Te same szare twarze kierujące wzrok ze znakiem zapytania w moją stronę. Te same puby i kluby. Ten sam różowawy zmrok, zapach dymu z komina i lekki mróz. Niebieskie tramwaje i ich stukot pośród starych uliczek. I rozrywki. Czas jakby stanął w miejscu. A jednak nie jestem w domu. Nie jestem u siebie. Nie należę już do tego miejsca, ani ono do mnie.

Chyba dlatego, że nie jestem już tą samą osobą, która wyjeżdżała z tego miasta trzy lat temu. Czas wyrwał z mego serca i umysłu spory kawałek, i włożył w jego miejsce nowy pryzmat. Miejsca i doświadczenia, które przeżyłam od tamtej pory utwierdziły mnie w sobie, wylane łzy oczyściły, a moi ludzie, sprawili, że się nie poddałam. Gdyby ktoś, kiedyś mi powiedział, że tak się stanie, nie uwierzyłabym. Nie uwierzyłabym, że pozbędę się tej tony smutku, depresji, bezradności i zwątpienia. I, że otrzymam i wypracuję w zamian miłość, nadzieję i wiarę. Nie uwierzyłabym nikomu, że niewiadoma, jaką była dla mnie dorosłość, będzie czasem komfortu i spokoju. Czasem, kiedy zacznę panować nad moim życiem i kreować je. Bynajmniej nie chodzi mi o ten spokój związany z ustatkowaniem się. O nie, niestety do tego jeszcze tak bardzo daleko, bo Londyn też nie jest moim domem. Ani inne miasta, w których się na chwilę zatrzymuję. Wyjeżdżając trzy lata temu porzuciłam moje młodzieńcze życie, bliskich ludzi i stałam się bezdomną. Niby gdzieś tam mam dach nad głową i łóżko. Nie śpię na ulicy. Jednak nie mam domu. Moje serce nie jest nigdzie u siebie. Ciągle za czymś tęskni i do czegoś się wyrywa. Tylko w ramionach mojego mężczyzny jest spokojne i odnajduję namiastkę domu. Błąkamy się więc razem po świecie i szukamy miejsca, które nazwiemy naszym Domem.

Jednak przyjeżdżając do Polski po latach, przyglądając się sobie i temu wszystkiemu, co tutaj zostawiłam widzę to stare życie w nowym odcieniu. Czas jakby przygasił jaskrawe kolory, jednak miłość, którą tutaj znajduję i doświadczam, ociepla je. Bycie tutaj ma cudowny, łagodny kolor dojrzałych jabłek, znalezionych w sadzie w jesienny, ciepły zmierzch. I słodko-gorzki smak. A ja zatapiam się zawsze w tym zmierzchu, obserwuję, podwijam kolana pod brodę, owijam się tą miłością jak ciepłym kocem i chłonę.
Miłość mojej mamy i jej zawsze zmartwione czoło, bo wciąż nie rozumie, że już dorośliśmy i musimy siłować się z życiem sami. Ktoś szepcze mi na ucho, że taki już los matki.
Miłość mojej babci. Długie rozmowy o życiu i o śmierci. W kontekście jej coraz głębszych zmarszczek czasami stają się nieznośnym proroctwem nadchodzącej pustki.
Miłość rodziny. Spotkania, których kiedyś nienawidziłam i pod byle pretekstem uciekałam od nich. Dziś są niczym przystań, niczym spotkanie w kawiarni. Lekkie, ciekawskie i okraszone śmiechem.
Miłość przyjaciół. Szybkie rozmowy w których próbujemy nadrobić czas, który tak szybko ucieka. Nocne posiadówki, zupełnie jak sprzed kilku lat przy różnorakich butelkach i snującym się powoli dymie. Póki ostatnie świetliki nie zgasną. Przecież tak naprawdę wciąż jesteśmy młodzi. I stoimy u progu życia. No dobra, właśnie przez niego przechodzimy. Z całym impetem na jaki nas stać.
Miłość dziecka. Największa niespodzianka jaką dostałam ostatnio od życia. Nie umiem opisać piękna dziecięcej miłości. Ani słodyczy spontanicznego pocałunku.
Miłość mężczyzny. Taka, która sprawia, ze lubisz siebie i chcesz być kimś coraz lepszym.

Widocznie czasami trzeba się oddalić, by móc znowu być blisko. Ktoś o tym już pisał. Czyżby Kazik?


                                           










środa, 6 stycznia 2016

Biegnij Kaska Biegnij

31/12/2015 - Sylwester

Godz: 22:00

Siedzimy. Pijemy. Gadamy.
W kameralnym gronie przyjaciół. Oczekując wybicia północy.
Co roku mam wrażenie, że powinnam robić coś innego. Jakoś bardziej i świąteczniej obchodzić zakończenie roku. Nie wiem dlaczego. Czy zakończenie jakiejś daty jest aż tak istotne? W tym roku  było szczególnie spokojnie. Postanowiłam dać sobie bana na imprezy. Uspokoić się. Zaoszczędzić trochę pieniędzy, czasu, zdrowia i kaca. Miało na to wpływ kilka spraw. Przez ostatni rok pracowałam nad sobą, nad moim życiem, dużo czytałam, myślałam, analizowałam i zastanawiałam się. Doszłam w końcu do wniosku, że moim największym problemem jest nieumiejętność gospodarowania czasem. Za dużo mijało mi go na imprezach i ledwych porankach dzień później, za dużo było internetu, byle jakich wieczorów, odkładania wszystkiego na jutro, na później. Postanowiłam więc nad tym popracować. Kupiłam gruby kalendarz. I uczę się znajdować czas na to, co naprawdę dla mnie ważne. Słucham też uważnie siebie, co mi w duszy gra i co podpowiada intuicja. W tym wszystkim utwierdziło mnie drugie ważne wydarzenie. W grudniu odszedł mój dziadek. Pierwszy raz w moim życiu śmierć zabrała kogoś bliskiego. Pierwszy raz poczułam, co oznacza nie spotkać bliskiej osoby już nigdy, nieodwołalnie. Pierwszy raz też od dawna stanęły mi przed oczami wspomnienia z odległego dzieciństwa. Z archaicznej przeszłości. Małej Kasi bawiącej się na wakacjach, na które zabrali ją babcia i dziadek. Pierwszy raz w życiu poczułam też jak bardzo dziadek mnie kochał... Jego miłość spłynęła na moje serce i pozwoliła cicho płakać i modlić się. Postanowiłam więc zachować do wiosny żałobę. Wstrzymać się od głośnych imprez, tańców, koncertów. Wyciszyć się. Uspokoić. Skupić się na tym, co ważne, co przyniesie jakieś wymierne efekty, a nie zginie w oparach nocy. Zapaść w zimowy sen, w ciemność tych kilku miesięcy. 
Bardzo do serca wzięłam sobie słowa poety:

Jak winny- li- niewinny sumienia wyrzut
że się żyje
gdy umarło tylu tylu tylu 
(…)
Jak biec to do końca,
Potem odpoczniesz,
Potem odpoczniesz

Tak więc mój sylwester upłynął na siedzeniu, zajadaniu pysznych dań, sączeniu kolorowego drinka i… słuchania rozmów przyjaciół, bądź tego, co ma do powiedzenia telewizor i obchodzący w nim swoją zabawę Polacy z dwójką… Nic ekscytującego. Wręcz przeciwnie. A ja starałam się po prostu cieszyć tym wieczorem. Tą chwilą.

23:00
W Polsce wybiła północ, a my wraz z nią zaczęliśmy pierwszego szampana. Było śmiesznie, szczególnie na stwierdzenie, że sąsiedzi musieli mieć niezłe zdziwko słysząc nas świętujących nowy rok o godzinę za wcześnie.
Były też życzenia i telefony. I ciepło na sercu, na myśl o kilku bliskich osobach, które zostały w Polsce.

23:30
Rzucam pomysł wyjścia. Przecież musimy gdzieś iść oglądać sztuczne ognie. Nie udał się daleki wypad na wzgórze, chodźmy zatem gdziekolwiek, żebyśmy mogli zobaczyć jak bawią się mieszkańcy. Londyn niestety jest bardzo płaski, dlatego co roku oglądałam jedynie te fajerwerki, które do zaoferowania mieli okoliczni sąsiedzi miejsc, gdzie akurat byłam na noworocznym party. W tym roku chciałam zobaczyć jak świętuje Londyn! Szybko więc!

23:55
Bięgnę. Bięgnę ile sił w nogach. Biegnę niczym Lola, niczym Phoebe w parku, niczym uciekająca panna młoda. W tym moim biegu jest wszystko. Ucieczka i bieg do celu. Radość i smutek. Ekscytacja. Wolność. Spełnienie marzeń. Pobicie rekordu świata. Obietnica lepszego jutra. Moje serce wali jak szalone, moje włosy są rozwiane, zaczyna brakować mi tchu. Biegnę jakby od tego zależała cała moja przyszłość i przyszłość tego świata, jakby od tego zależało szczęście w roku 2016. Biegnę jakbym znowu była dzieckiem. Jakby to było naprawdę ważne. Biegnę i krzyczę i śmieję się. Bo zostały już dosłownie sekundy do północy, a my właśnie weszliśmy w blokowiska na Stratford i… zacznie się bez nas. Nowy rok przecież nie poczeka, a ja nie chcę go zaczynać pomiędzy wielkimi, betonowymi budynkami, które zasłaniają niebo. Nie chcę, żeby było jak zwykle – wielkie plany, a potem nic, fiasko i nagroda pocieszenia. Chcę być na wielkiej przestrzeni. Chcę widzieć wszystkie światła tej wyjątkowej nocy. Chcę oglądać kolorową feerię na cześć nowej cyfry w dacie. Więc biegnę, odwracam się za siebie, wołam coś do pozostałych i biegnę jak szalona na przód.

00:00
Padamy sobie w ramiona z Moniką. Udało się! Dobiegłyśmy do miejsca, gdzie widać niebo i poszczególne części Londynu na horyzoncie. Po chwili dobiega do nas reszta. Składamy sobie życzenia, otwieramy szampana, krzyczymy, przytulamy się, tańczymy, oglądamy fajerwerki i śpiewamy: Bejbi ju ar fajerłooooork. Śmiejemy się. A wokoło nas rozświetlają grudniowo-styczniowe niebo ognie z całego Londynu. Wiek nie ma znaczenia. Radość ma.

To był najlepszy Sylwester ever.