Witajcie W Nowym Roku!!!
Tyle się ostatnio dzieje, że nie miałam
czasu usiąść przy laptopie i po prostu napisać. Pokrótce opiszę dwie przygody,
trochę się tłumacząc, a trochę dlatego, że chcę szepnąć Wam do ucha, o tym, że
w życiu przychodzą do nas rzeczy, których pragniemy, trzeba być tylko
cierpliwym, dobrze o nich myśleć i zacząć działać.
Otóż pierwszą historię zaczynam w
momencie, kiedy dostaliśmy wypowiedzenie mieszkania od naszej Landlorki
(właścicielki domu). Do końca roku dostaliśmy czas na spakowanie się i
wyprowadzkę. Informacja ta specjalnie mnie nie zmartwiła, ponieważ od dawna
złorzeczyłam pokojowi, który wynajmowaliśmy. Był ciemny, ciasny i wilgotny. W
dodatku dom dzieliliśmy z kilkoma innymi osobami i jak to w takich sytuacjach
bywa, konfliktów było bez liku. Po półtora roku mieszkania tyle się tego
nazbierało, że informację o przymusie opuszczenia domu powitałam z wielkim
uśmiechem na twarzy i ekscytacją. Postanowiliśmy rozejrzeć się za własnym,
małym, pierwszym mieszkaniem. Pisząc mieszkanie musicie wiedzieć, że na londyńskie
warunki tłumaczy się to jako "pokoik z aneksem kuchennym i łazienką", czyli studioflat.
W przeliczniku na polskie pieniądze miesięczna opłata za taki pokój równa jest czynszowi za 2-pokojowy
apartament z balkonem w centrum miasta Kraków. Mniej więcej. Koszty wynajmu to jeden z największych minusów mieszkania w Londynie. Zanim jeszcze
rozpoczęliśmy poszukiwania okazało się, że moja znajoma ma do polecenia takie właśnie
studio. Poszliśmy, oglądnęliśmy. Druga strefa, cena super, ciasne, ale własne.
Niestety na drugi dzień okazało się, że właściciel super cenę podnosi o 100
funtów. A, że pokój nie posiadał mebli i musielibyśmy w nie inwestować sami, ze
smutkiem podziękowaliśmy. Zaczęliśmy więc poszukiwania. Wertując ogłoszenia na
różnych stronach trafialiśmy na coraz to lepsze oferty. A to mieszkanie z
grzybem na ścianie, to w podejrzanym sąsiedztwie, to znowu agencja
pośrednicząca, której siedziba jest nie oznaczona żadnymi znakami lub pośredniczka, która za
pomoc żąda 500 funtów (nie wiedząc czy opłaty za gaz są w cenie i nie umiejąc
nam odpowiedzieć na pytanie jak można podłączyć Internet w mieszkaniu…). Termin
eksmisji zbliżał się coraz bardziej, więc dwoiliśmy się, żeby jak najwięcej miejsc
zobaczyć. W końcu po długich poszukiwaniach znaleźliśmy całkiem przyjemne studyjko
w granicach naszego budżetu, do tego właścicielka była polecona, wiec wszystko
było tip-top. Łukasz pojechał podpisać umowę sam, ponieważ ja w tym czasie
pracowałam. Będąc na przerwie zadzwoniłam, by zapytać o szczegóły. Mój chłopak niestety mieszkania nie
wynajął. Okazało się, że w piwnicy mamy dodatkowych szczurzych sąsiadów. Stanęły
mi łzy w oczach, ale potem pomyślałam, że przecież dobrze się
stało, że nie wzięliśmy tego mieszkania. Gdybym tak znienacka zobaczyła
szczura we własnym pokoju czy łazience, to mogłoby się to nawet, mimo mojego
młodego wieku, skończyć zawałem. Szukaliśmy więc dalej. Po kolejnych kilku nie
wiążących oglądaniach poddaliśmy się. Stwierdziliśmy, że jednak tylko pokój,
być może z własną łazienką, jest w naszym zasięgu, obniżyliśmy więc poprzeczkę
i w pewną niedzielę udaliśmy się oglądać właśnie takie lokum. Ku naszemu
ogromnemu zdziwieniu pokój okazał się mieć nie tylko łazienkę, ale i mini aneks
kuchenny. I mimo, że było wciąż w remoncie, wyglądało jak schowek na narzędzia
i farby, właściciel obiecał nam, że skończy go w ciągu tygodnia. Kiedy pierwsze
zaskoczenie minęło, zaczęło do nas dochodzić, że oto Bóg chce chyba nam
wynagrodzić te wszystkie porażki, albo los po raz kolejny chciał nam udowodnić,
że jeśli jest się cierpliwym on ma zawsze coś w zanadrzu. Oto wynajęliśmy własne
studio, z własnym wejściem, zaraz po remoncie, z nowo zakupionymi meblami, z
czynszem, który ma wszystkie opłaty wliczone!!! Do tego w łazience mamy olbrzymi prysznic z gorącą wodą, pokój jest
ciągle ciepły, a nasi znajomi mogą nas odwiedzać non stop! I tak oto mamy swoją
własną Casę! Pierwsze gniazdko! Niebo! Marzenie spełnione! Yay!
Czas zatem na drugą historię. Otóż mam
przyjaciółeczkę z która regularnie koresponduję. Któregoś wieczoru akurat
rozmawiając przez fejsbuka poskarżyła mi się, że ma kiepski humor. Posypały się
jej plany na sylwestra, nie wie teraz, bo już późno, co robić, perspektyw i pomysłów brak. Życie było kiepskie. Chciałam
ją jakoś pocieszyć. Zaczęłam więc myśleć i kombinować. I udało się! Znaleźliśmy super bilety i Bella przyleciała
do Londynu, gdzie spędziliśmy cudowne kilka dni, bawiąc się, świętując,
zwiedzając. Więc czemuż się martwiło dziewczę? Jak widać rozwiązania zawsze się
znajdą, nie warto się przejmować, bo nigdy nie wiadomo, co wydarzy się już za chwilę.
A życie ma zawsze coś w zanadrzu. Wychodzi też na to, że tuż przed poddaniem
się nasz los się odwraca! Dodatkowo, właśnie się dowiedziałam, że wyjazd był na
tyle udany, że Bella zaczyna intensywną naukę angielskiego:) I kto wie, na jak
długo przyjedzie kolejnym razem:)
Takie oto
noworoczne historyje o nadziei i cierpliwości pragnę z Wami dzielić.
Ale czymże byłby Nowy Rok bez noworocznych
postanowień? Macie już swoje?
Ja dziś w końcu zapisałam je w pamiętniku, zaraz
przepisuję na pierwszą kartkę kalendarza i, aby nie rzucać słów na wiatr
podzielę się i z Wami. Ponieważ 2014 był najważniejszym rokiem mojego życia,
wydaje mi się, że zrobiłam solidny grunt pod tegoroczne plany. Przede wszystkim
wkroczyłam na ścieżkę samorozwoju, zaczęłam medytować, obserwować i poznawać
siebie. Zaczęłam zmiany w moim wnętrzu oraz w działaniach. Pozbyłam się
toksycznych ludzi z mojego otoczenia, nauczyłam się kochać i przyjmować miłość.
Myślę, że poznałam jej faktyczne znaczenie. Dodatkowo odzyskałam wiarę i
nadzieję. Zrozumiałam i nauczyłam się bardzo wielu rzeczy, o sobie, o życiu, o
ludziach. Znalazłam odpowiedzi na pytania, które od zawsze mnie nurtowały. Kim
jestem i kim będę, jaki mam wybrać zawód, jak być szczęśliwą. Znalazłam spokój.
Przestałam walczyć i tracić energię na nie potrzebne myśli czy działania,
zmartwienia i obawy. No dobra, tego ostatniego wciąż się uczę. Dorosłam i…
stałam się kobietą. Ustanowiłam cele, które osiągnęłam. Awansowałam w pracy, zaczęłam
więcej działać z modą, miałam fantastyczne wakacje i mam cudownych ludzi u swojego
boku. Schudłam, zmieniłam sposób odżywiania się. Wyrzeźbiłam brzuch. A na koniec znaleźliśmy mieszkanie. I mimo braku planów spędziliśmy super
noc sylwestrową.
W tym roku postanawiam rozwijać 2 główne
obszary mojego życia, ale cele są trzy:
- Uczyć się, szkolić oraz czytać na
temat Visual Merchandisingu (tak nazywa sie moje stanowisko). Oglądać
i czytać jak najwięcej rzeczy związanych z modą. Tak bym za rok, pracowała
w jednym z najlepszych londyńskich sklepów. Tak, bym w swojej dziedzinie
stała się ekspertem.
- Razem z moją przyjaciółką Bumi
zaczynamy prowadzić bloga z inspiracjami modowymi. Narazie poczyniłyśmy przygotowania,
za niedługo ruszamy pełna parą, o czym więcej informacji, wkrótce.
- Największe wyzwanie. Pierwszy raz
dzielę się moim skrytym marzeniem z kimś innym, poza gronem moich
przyjaciół. Otóż wymyśliłam sobie, że nauczę się miksowania muzyki. Z tym
też wiążę się ciekawa historia, ale to w jakiejś kolejnej notatce. W tym
roku chciałabym się na serio za to zabrać. Wybrać konkretny czas i miejsce,
kiedy skupię się na grzebaniu w muzyce i zabawie z nią. Być może pójdę na
jakiś kurs lub warsztaty, być może kupię jakiś sprzęt dla początkujących. Muzyka
to moja wielka miłość i w końcu nadszedł czas, by miłość tę skonsumować.
Oprócz powyższych, obiecałam sobie także kilka mniejszych rzeczy, które mam zamiar ukończyć w
różnym czasie do końca roku.
Przede wszystkim
pragnę przygotować się do ślubu i wielkiego, polskiego wesela. Jak to zrobić,
by nie zwariować? Zobaczymy.
Myślę, o tym, by
częściej gotować, mniej kupować gotowych posiłków, zabierać jedzenie ze sobą do
pracy. W miarę rozwijania tej sztuki przejść na wegetarianizm. Z kwestii
kulinarnych jeszcze, obiecałam sobie, że
w tym roku w końcu przestanę całkowicie słodzić napoje.
Już wkrótce
wracam do ćwiczeń abs.
Pragnę nadal
regularnie medytować.
Postanowiłam
również kupować mniej ciuchów, a inwestować w ich lepszą jakość.
Obiecałam sobie,
że będę więcej czytać w języku angielskim.
Kolejne cudowne
wakacje nad Balatonem.
Wrócić jak tylko
będzie możliwe do jazdy na rowerze oraz longboardzie.
No i na końcu –
nie dąć się prokrastynacji i codziennie robić, którąś z powyższych rzeczy.
Wydaje się, że to
dużo, ale w tym roku chciałabym zostawić lenistwo za sobą, porzucić uporczywe
myśli i jedyne z kim chcę rywalizować to tylko z moją własną słabością.
Pozytywnego wkroczenia
w Nowy Rok, samych sukcesów, wiary w siebie i uśmiechów na twarzach życzę
wszystkim! Dużo miłości. <3





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz