czwartek, 8 stycznia 2015

2014/2015

Witajcie W Nowym Roku!!!

     Tyle się ostatnio dzieje, że nie miałam czasu usiąść przy laptopie i po prostu napisać. Pokrótce opiszę dwie przygody, trochę się tłumacząc, a trochę dlatego, że chcę szepnąć Wam do ucha, o tym, że w życiu przychodzą do nas rzeczy, których pragniemy, trzeba być tylko cierpliwym, dobrze o nich myśleć i zacząć działać.
     Otóż pierwszą historię zaczynam w momencie, kiedy dostaliśmy wypowiedzenie mieszkania od naszej Landlorki (właścicielki domu). Do końca roku dostaliśmy czas na spakowanie się i wyprowadzkę. Informacja ta specjalnie mnie nie zmartwiła, ponieważ od dawna złorzeczyłam pokojowi, który wynajmowaliśmy. Był ciemny, ciasny i wilgotny. W dodatku dom dzieliliśmy z kilkoma innymi osobami i jak to w takich sytuacjach bywa, konfliktów było bez liku. Po półtora roku mieszkania tyle się tego nazbierało, że informację o przymusie opuszczenia domu powitałam z wielkim uśmiechem na twarzy i ekscytacją. Postanowiliśmy rozejrzeć się za własnym, małym, pierwszym mieszkaniem. Pisząc mieszkanie musicie wiedzieć, że na londyńskie warunki tłumaczy się to jako "pokoik z aneksem kuchennym i łazienką", czyli studioflat. W przeliczniku na polskie pieniądze miesięczna opłata za taki pokój równa jest czynszowi za 2-pokojowy apartament z balkonem w centrum miasta Kraków. Mniej więcej. Koszty wynajmu to jeden z największych minusów mieszkania w Londynie. Zanim jeszcze rozpoczęliśmy poszukiwania okazało się, że moja znajoma ma do polecenia takie właśnie studio. Poszliśmy, oglądnęliśmy. Druga strefa, cena super, ciasne, ale własne. Niestety na drugi dzień okazało się, że właściciel super cenę podnosi o 100 funtów. A, że pokój nie posiadał mebli i musielibyśmy w nie inwestować sami, ze smutkiem podziękowaliśmy. Zaczęliśmy więc poszukiwania. Wertując ogłoszenia na różnych stronach trafialiśmy na coraz to lepsze oferty. A to mieszkanie z grzybem na ścianie, to w podejrzanym sąsiedztwie, to znowu agencja pośrednicząca, której siedziba jest nie oznaczona żadnymi znakami lub pośredniczka, która za pomoc żąda 500 funtów (nie wiedząc czy opłaty za gaz są w cenie i nie umiejąc nam odpowiedzieć na pytanie jak można podłączyć Internet w mieszkaniu…). Termin eksmisji zbliżał się coraz bardziej, więc dwoiliśmy się, żeby jak najwięcej miejsc zobaczyć. W końcu po długich poszukiwaniach znaleźliśmy całkiem przyjemne studyjko w granicach naszego budżetu, do tego właścicielka była polecona, wiec wszystko było tip-top. Łukasz pojechał podpisać umowę sam, ponieważ ja w tym czasie pracowałam. Będąc na przerwie zadzwoniłam, by zapytać o szczegóły. Mój chłopak niestety mieszkania nie wynajął. Okazało się, że w piwnicy mamy dodatkowych szczurzych sąsiadów. Stanęły mi łzy w oczach, ale potem pomyślałam, że przecież dobrze się stało, że nie wzięliśmy tego mieszkania. Gdybym tak znienacka zobaczyła szczura we własnym pokoju czy łazience, to mogłoby się to nawet, mimo mojego młodego wieku, skończyć zawałem. Szukaliśmy więc dalej. Po kolejnych kilku nie wiążących oglądaniach poddaliśmy się. Stwierdziliśmy, że jednak tylko pokój, być może z własną łazienką, jest w naszym zasięgu, obniżyliśmy więc poprzeczkę i w pewną niedzielę udaliśmy się oglądać właśnie takie lokum. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu pokój okazał się mieć nie tylko łazienkę, ale i mini aneks kuchenny. I mimo, że było wciąż w remoncie, wyglądało jak schowek na narzędzia i farby, właściciel obiecał nam, że skończy go w ciągu tygodnia. Kiedy pierwsze zaskoczenie minęło, zaczęło do nas dochodzić, że oto Bóg chce chyba nam wynagrodzić te wszystkie porażki, albo los po raz kolejny chciał nam udowodnić, że jeśli jest się cierpliwym on ma zawsze coś w zanadrzu. Oto wynajęliśmy własne studio, z własnym wejściem, zaraz po remoncie, z nowo zakupionymi meblami, z czynszem, który ma wszystkie opłaty wliczone!!! Do tego w łazience mamy olbrzymi prysznic z gorącą wodą, pokój jest ciągle ciepły, a nasi znajomi mogą nas odwiedzać non stop! I tak oto mamy swoją własną Casę! Pierwsze gniazdko! Niebo! Marzenie spełnione! Yay!
      Czas zatem na drugą historię. Otóż mam przyjaciółeczkę z która regularnie koresponduję. Któregoś wieczoru akurat rozmawiając przez fejsbuka poskarżyła mi się, że ma kiepski humor. Posypały się jej plany na sylwestra, nie wie teraz, bo już późno, co robić, perspektyw i  pomysłów brak. Życie było kiepskie. Chciałam ją jakoś pocieszyć. Zaczęłam więc myśleć i kombinować. I udało się! Znaleźliśmy super bilety i Bella przyleciała do Londynu, gdzie spędziliśmy cudowne kilka dni, bawiąc się, świętując, zwiedzając. Więc czemuż się martwiło dziewczę? Jak widać rozwiązania zawsze się znajdą, nie warto się przejmować, bo nigdy nie wiadomo, co wydarzy się już za chwilę. A życie ma zawsze coś w zanadrzu. Wychodzi też na to, że tuż przed poddaniem się nasz los się odwraca! Dodatkowo, właśnie się dowiedziałam, że wyjazd był na tyle udany, że Bella zaczyna intensywną naukę angielskiego:) I kto wie, na jak długo przyjedzie kolejnym razem:)

Takie oto noworoczne historyje o nadziei i cierpliwości pragnę z Wami dzielić. 

     Ale czymże byłby Nowy Rok bez noworocznych postanowień? Macie już swoje? 
Ja dziś w końcu zapisałam je w pamiętniku, zaraz przepisuję na pierwszą kartkę kalendarza i, aby nie rzucać słów na wiatr podzielę się i z Wami. Ponieważ 2014 był najważniejszym rokiem mojego życia, wydaje mi się, że zrobiłam solidny grunt pod tegoroczne plany. Przede wszystkim wkroczyłam na ścieżkę samorozwoju, zaczęłam medytować, obserwować i poznawać siebie. Zaczęłam zmiany w moim wnętrzu oraz w działaniach. Pozbyłam się toksycznych ludzi z mojego otoczenia, nauczyłam się kochać i przyjmować miłość. Myślę, że poznałam jej faktyczne znaczenie. Dodatkowo odzyskałam wiarę i nadzieję. Zrozumiałam i nauczyłam się bardzo wielu rzeczy, o sobie, o życiu, o ludziach. Znalazłam odpowiedzi na pytania, które od zawsze mnie nurtowały. Kim jestem i kim będę, jaki mam wybrać zawód, jak być szczęśliwą. Znalazłam spokój. Przestałam walczyć i tracić energię na nie potrzebne myśli czy działania, zmartwienia i obawy. No dobra, tego ostatniego wciąż się uczę. Dorosłam i… stałam się kobietą. Ustanowiłam cele, które osiągnęłam. Awansowałam w pracy, zaczęłam więcej działać z modą, miałam fantastyczne wakacje i mam cudownych ludzi u swojego boku. Schudłam, zmieniłam sposób odżywiania się. Wyrzeźbiłam brzuch. A na koniec znaleźliśmy mieszkanie. I mimo braku planów spędziliśmy super noc sylwestrową.
     W tym roku postanawiam rozwijać 2 główne obszary mojego życia, ale cele są trzy:
  1. Uczyć się, szkolić oraz czytać na temat Visual Merchandisingu (tak nazywa sie moje stanowisko). Oglądać i czytać jak najwięcej rzeczy związanych z modą. Tak bym za rok, pracowała w jednym z najlepszych londyńskich sklepów. Tak, bym w swojej dziedzinie stała się ekspertem.
  2. Razem z moją przyjaciółką Bumi zaczynamy prowadzić bloga z inspiracjami modowymi. Narazie poczyniłyśmy przygotowania, za niedługo ruszamy pełna parą, o czym więcej informacji, wkrótce.
  3. Największe wyzwanie. Pierwszy raz dzielę się moim skrytym marzeniem z kimś innym, poza gronem moich przyjaciół. Otóż wymyśliłam sobie, że nauczę się miksowania muzyki. Z tym też wiążę się ciekawa historia, ale to w jakiejś kolejnej notatce. W tym roku chciałabym się na serio za to zabrać. Wybrać konkretny czas i miejsce, kiedy skupię się na grzebaniu w muzyce i zabawie z nią. Być może pójdę na jakiś kurs lub warsztaty, być może kupię jakiś sprzęt dla początkujących. Muzyka to moja wielka miłość i w końcu nadszedł czas, by miłość tę skonsumować.

Oprócz powyższych, obiecałam sobie także kilka mniejszych rzeczy, które mam zamiar ukończyć w różnym czasie do końca roku.
Przede wszystkim pragnę przygotować się do ślubu i wielkiego, polskiego wesela. Jak to zrobić, by nie zwariować? Zobaczymy.
Myślę, o tym, by częściej gotować, mniej kupować gotowych posiłków, zabierać jedzenie ze sobą do pracy. W miarę rozwijania tej sztuki przejść na wegetarianizm. Z kwestii kulinarnych jeszcze, obiecałam sobie, że  w tym roku w końcu przestanę całkowicie słodzić napoje.
Już wkrótce wracam do ćwiczeń abs.
Pragnę nadal regularnie medytować.
Postanowiłam również kupować mniej ciuchów, a inwestować w ich lepszą jakość.
Obiecałam sobie, że będę więcej czytać w języku angielskim.
Kolejne cudowne wakacje nad Balatonem.
Wrócić jak tylko będzie możliwe do jazdy na rowerze oraz longboardzie.
No i na końcu – nie dąć się prokrastynacji i codziennie robić, którąś z powyższych rzeczy.

Wydaje się, że to dużo, ale w tym roku chciałabym zostawić lenistwo za sobą, porzucić uporczywe myśli i jedyne z kim chcę rywalizować to tylko z moją własną słabością.


Pozytywnego wkroczenia w Nowy Rok, samych sukcesów, wiary w siebie i uśmiechów na twarzach życzę wszystkim! Dużo miłości. <3






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz