środa, 6 stycznia 2016

Biegnij Kaska Biegnij

31/12/2015 - Sylwester

Godz: 22:00

Siedzimy. Pijemy. Gadamy.
W kameralnym gronie przyjaciół. Oczekując wybicia północy.
Co roku mam wrażenie, że powinnam robić coś innego. Jakoś bardziej i świąteczniej obchodzić zakończenie roku. Nie wiem dlaczego. Czy zakończenie jakiejś daty jest aż tak istotne? W tym roku  było szczególnie spokojnie. Postanowiłam dać sobie bana na imprezy. Uspokoić się. Zaoszczędzić trochę pieniędzy, czasu, zdrowia i kaca. Miało na to wpływ kilka spraw. Przez ostatni rok pracowałam nad sobą, nad moim życiem, dużo czytałam, myślałam, analizowałam i zastanawiałam się. Doszłam w końcu do wniosku, że moim największym problemem jest nieumiejętność gospodarowania czasem. Za dużo mijało mi go na imprezach i ledwych porankach dzień później, za dużo było internetu, byle jakich wieczorów, odkładania wszystkiego na jutro, na później. Postanowiłam więc nad tym popracować. Kupiłam gruby kalendarz. I uczę się znajdować czas na to, co naprawdę dla mnie ważne. Słucham też uważnie siebie, co mi w duszy gra i co podpowiada intuicja. W tym wszystkim utwierdziło mnie drugie ważne wydarzenie. W grudniu odszedł mój dziadek. Pierwszy raz w moim życiu śmierć zabrała kogoś bliskiego. Pierwszy raz poczułam, co oznacza nie spotkać bliskiej osoby już nigdy, nieodwołalnie. Pierwszy raz też od dawna stanęły mi przed oczami wspomnienia z odległego dzieciństwa. Z archaicznej przeszłości. Małej Kasi bawiącej się na wakacjach, na które zabrali ją babcia i dziadek. Pierwszy raz w życiu poczułam też jak bardzo dziadek mnie kochał... Jego miłość spłynęła na moje serce i pozwoliła cicho płakać i modlić się. Postanowiłam więc zachować do wiosny żałobę. Wstrzymać się od głośnych imprez, tańców, koncertów. Wyciszyć się. Uspokoić. Skupić się na tym, co ważne, co przyniesie jakieś wymierne efekty, a nie zginie w oparach nocy. Zapaść w zimowy sen, w ciemność tych kilku miesięcy. 
Bardzo do serca wzięłam sobie słowa poety:

Jak winny- li- niewinny sumienia wyrzut
że się żyje
gdy umarło tylu tylu tylu 
(…)
Jak biec to do końca,
Potem odpoczniesz,
Potem odpoczniesz

Tak więc mój sylwester upłynął na siedzeniu, zajadaniu pysznych dań, sączeniu kolorowego drinka i… słuchania rozmów przyjaciół, bądź tego, co ma do powiedzenia telewizor i obchodzący w nim swoją zabawę Polacy z dwójką… Nic ekscytującego. Wręcz przeciwnie. A ja starałam się po prostu cieszyć tym wieczorem. Tą chwilą.

23:00
W Polsce wybiła północ, a my wraz z nią zaczęliśmy pierwszego szampana. Było śmiesznie, szczególnie na stwierdzenie, że sąsiedzi musieli mieć niezłe zdziwko słysząc nas świętujących nowy rok o godzinę za wcześnie.
Były też życzenia i telefony. I ciepło na sercu, na myśl o kilku bliskich osobach, które zostały w Polsce.

23:30
Rzucam pomysł wyjścia. Przecież musimy gdzieś iść oglądać sztuczne ognie. Nie udał się daleki wypad na wzgórze, chodźmy zatem gdziekolwiek, żebyśmy mogli zobaczyć jak bawią się mieszkańcy. Londyn niestety jest bardzo płaski, dlatego co roku oglądałam jedynie te fajerwerki, które do zaoferowania mieli okoliczni sąsiedzi miejsc, gdzie akurat byłam na noworocznym party. W tym roku chciałam zobaczyć jak świętuje Londyn! Szybko więc!

23:55
Bięgnę. Bięgnę ile sił w nogach. Biegnę niczym Lola, niczym Phoebe w parku, niczym uciekająca panna młoda. W tym moim biegu jest wszystko. Ucieczka i bieg do celu. Radość i smutek. Ekscytacja. Wolność. Spełnienie marzeń. Pobicie rekordu świata. Obietnica lepszego jutra. Moje serce wali jak szalone, moje włosy są rozwiane, zaczyna brakować mi tchu. Biegnę jakby od tego zależała cała moja przyszłość i przyszłość tego świata, jakby od tego zależało szczęście w roku 2016. Biegnę jakbym znowu była dzieckiem. Jakby to było naprawdę ważne. Biegnę i krzyczę i śmieję się. Bo zostały już dosłownie sekundy do północy, a my właśnie weszliśmy w blokowiska na Stratford i… zacznie się bez nas. Nowy rok przecież nie poczeka, a ja nie chcę go zaczynać pomiędzy wielkimi, betonowymi budynkami, które zasłaniają niebo. Nie chcę, żeby było jak zwykle – wielkie plany, a potem nic, fiasko i nagroda pocieszenia. Chcę być na wielkiej przestrzeni. Chcę widzieć wszystkie światła tej wyjątkowej nocy. Chcę oglądać kolorową feerię na cześć nowej cyfry w dacie. Więc biegnę, odwracam się za siebie, wołam coś do pozostałych i biegnę jak szalona na przód.

00:00
Padamy sobie w ramiona z Moniką. Udało się! Dobiegłyśmy do miejsca, gdzie widać niebo i poszczególne części Londynu na horyzoncie. Po chwili dobiega do nas reszta. Składamy sobie życzenia, otwieramy szampana, krzyczymy, przytulamy się, tańczymy, oglądamy fajerwerki i śpiewamy: Bejbi ju ar fajerłooooork. Śmiejemy się. A wokoło nas rozświetlają grudniowo-styczniowe niebo ognie z całego Londynu. Wiek nie ma znaczenia. Radość ma.

To był najlepszy Sylwester ever.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz